środa, 2 września 2015

Od Stuart'a

Ciepło pochodzące od lawy grzało moją skórę. Nie, nie jestem odporny na lawę. Niestety, nie wiem co mi odbiło do głowy, że to właśnie tutaj się zapuściłem. Piromani tak mają... Nieprawdaż? Kręciło mnie, żeby dotknąć tego ''płynnego ognia''. Ogień był wszędzie. Wszystko płonęło. To nie był dobry pomysł... Jeszcze przez przypadek albo mi albo komuś innemu stanie się krzywda... Bo nie wiadomo, co się dzieje, kiedy jestem w stanie piromana... Podszedłem bliżej do kałuży łapy. Moje źrenice się powiększyły. Wyciągnąłem łapę. Musiałem tego dotknąć. Instynkt.. Instynkt piromana mi kazał! Już prawie... Już prawie.
-Nie!-Usłyszałem nieopodal. Coś, o szczupłej sylwetce, zaczęło biec w moją stronę. Skoczyło. Skoczyło na mnie, płonąc. Płonąc jak ogień. Oboje przeturlaliśmy się parę metrów dalej. Wilk... Albo cokolwiek to było... Mocno mnie poparzył. Syknąłem z bólu.
-Ch*lera!-Warknąłem. Spojrzałem na tego idiotę. To faktycznie był wilk. Basior, na moje oko. Władający ogniem. Wyszczerzył do mnie kły i nieco się cofnął. 
-Chciałem tylko pomóc...-Mruknął. 

<Rizuuki?>

wtorek, 1 września 2015

Od Terry

Zgłodniałam, więc poszłam zapolować. Wyczuwałam kilka zajęcy i... chyba wilka. Mimo że byłam głodna, postanowiłam pójść za zapachem wilka, w końcu i tak jakiś zając też szedł tym tropem nieświadomy co go czeka...
****
Kiedy dostrzegłam zająca, zauważyłam także wilka. Widocznie szliśmy obydwoje za nim i jednocześnie na niego skoczyliśmy. Szarak uciekł a my zaliczyliśmy stłuczkę.
- Eh i teraz nie będę miała obiadu - westchnęłam po czym przypomniałam sobie, że nie jestem sama -Przepraszam jeśli zepsułam Ci obiad - Powiedziałam zawstydzona i powoli zaczęłam się wycofywać 
- Ładnie tak komuś psuć polowanie?! - zawarczał
- No, sama mogłabym zapytać cię o to samo! - przestałam się cofać i stanęłam twardo na ziemi. - I nie wiem czy zdajesz sobie sprawę że jesteś na terenie watahy!
- To dobrze się składa, bo chcę dołączyć - Odpowiedział basior.
- A tak właściwie jak się nazywasz?-moja ciekawość brała górę nad nieśmiałością i złością
- Rizuuki - Powiedział ostrożnie i niechętnie.
- Ja jestem Terra - powiedziałam cicho - mówiłeś że chcesz dołączyć? To chodź za mną może znajdziemy gdzieś Kestrel.
Pomyślałam że... może zanim do niej pójdziemy przekąsimy coś i zrobimy coś z futrami - mówiłam dalej niepewnie....

<Rizuuki?>

Od Księżnej CD. Edwarda

Od spotkania z Edwardem i ruszenia na poszukiwania tylko raz się na niego nie obejrzałam. Zmysły śledziły uważnie drogę, upstrzoną śladami wilczych łap. Zapach był doskonale wyczuwalny, nawet z dużej odległości. Zajęta tropem, nie zwracałam na Edwarda uwagi. Jedynie czasem, kiedy mówił, odrywałam część uwagi od ścieżki i koncentrowałam się również na jego słowach. 
- To jak? Mogę się dowiedzieć o tobie czegoś więcej niż to, że nazywasz się Księżna?
- Jestem półkrwi. Mieszanka wilka magicznego ze zwyczajnym, nie magicznym. Takie osobniki są czasem nazywane Wilkami Półmagicznymi. 
- Ciekawe. A coś o rodzinie, jak tu trafiłaś?
Spojrzałam na Edwarda przenikliwie. Twarz nadal miał kamienną, ale w jego spojrzeniu nie było złych intencji. Uznałam, że jeśli uchylę mu rąbek mojej tajemnicy, nic się nie stanie.
- Po odejściu z watahy ojca przez pewien czas wędrowałam z przyjacielem. Był dla mnie kimś więcej niż inne wilki, nie licząc kuzyna, Percy'ego. Nazywał się Luen i pochodził z odległej wyspy. Był Wilkiem Burzy. Gdyby twoją białą sierść pomalować na czarno, wyglądalibyście niemal tak samo. On też miał dwukolorowe oczy. Po ogromnym pożarze lasu rozdzieliliśmy się. Od tego czasu go nie widziałam. 
- Może coś więcej? – basior był wyraźnie zainteresowany.
- Nie o mnie, tym razem. Tylko o Podmieńcach. – Edward posłał mi pytające spojrzenie. – To istoty bardzo przypominające wilki, jednak różnią się od nich kilkoma rzeczami. Po pierwsze, są większe. Kolejną ich cechą są olbrzymie kły i splątane, zielonkawe futro. Ich ciało jest pokryte wieloma bliznami, powstałymi między innymi na wskutek wzajemnych walk. Uwielbiają niedźwiedzie mięso. Jeśli wśród nich narodzi się jakiś mniejszy wilk, wyganiają go. Takie wilki znajdują schronienie w różnych miejscach, upodabniają się do ich mieszkańców. Podmieńca możesz nie odróżnić od zdziczałego psa. Żyją w miastach, lasach, górach, lecz prawie nigdy nie wchodzą na terytoria watah magicznych wilków, gdyż czują przed nimi respekt.
- Sporo o nich wiesz.
- To dlatego, że one… że one… - głos mi się załamał. Zwiesiłam głowę. Nienawidziłam o tym mówić. Edward chyba to zrozumiał, bo nie naciskał. W pewnej chwili ziemia stała się suchsza, a trop skręcił w las. No dobrze… Ruszyłam za zapachem. Tamte dwa wilki szły tędy całkiem niedawno. Przyspieszyła odrobinę kroku. Nagle, zupełnie niespodziewanie, wypadliśmy na sporą polanę, otoczoną wieńcem olbrzymich drzew. Zadarłam głowę, przyglądając się uważniej liściom. Jak się okazało, te nadnaturalnie wielkie drzewa były dębami. Wokół leżało już kilka większych niż się spotyka żołędzi. Od tego miejsca wiało tajemnicą i magią. Nagle…

<Edward?>

Od Księżnej CD. Nam Soo

Aromatyczny zapach nie dawał mi spokoju. Gdzieś tu przebywał zając. Po diecie opartej na ptakach, a potem kilku sarnach taki długouchy szarak stanowiłby miłą odmianę. Umysł nasunął myśl o polowaniu, a żołądek poparł. Przegłosowane. Kierunek - południowy zachód. Ruszyłam truchtem w tamtą stronę. Ptaszki śpiewały, słońce grzało. Dzień wprost idealny. Wiatr wiał na moją korzyść. Stąpałam po trawie niemal bezszelestnie, bo nie chciałam, by ktokolwiek mnie słyszał. Zdawało by się, że polowanie będzie udane. A nie było. Po jakimś czasie ujrzałam swój cel - tłusty zając pędził prosto na mnie. Wybiegłam mu na spotkanie. Na moje nieszczęście potknęłam się o wystający korzeń drzewa. Usiłowałam utrzymać równowagę w szaleńczym pędzie, przez co mojej uwadze umknął jeden szczegół - zając skręcił w lewo i przepadł w gąszczu. Z całej siły zderzyłam się z goniącym go wilkiem. Przeturlaliśmy się kawałek, hamując na jakimś drzewie. Normalnie od razu zidentyfikowałabym gatunek, jednak po tym całym zamieszaniu kręciło mi się w głowie. Nie byłam w stanie jasno myśleć. Wilk wysunął się zgrabnie spode mnie i wstał chwiejnie. Zrobiłam po chwili to samo, jednak byłam w dużo gorszej sytuacji - z całym impetem uderzyłam głową o drzewo. Dlatego też jakieś dwie czy trzy minuty zajęło mi wstanie z ziemi. Tym czasem wilk zadał trochę idiotyczne pytanie:
- Ładnie to tak na kogoś wpadać?
- Korzeń - mruknęłam pod nosem. 
- Co ty, oczu nie masz? 
- Mam. - potem mruknęłam do siebie. - Lipa.
Bo uderzyłyśmy właśnie w lipę. Mój umysł zaczął normalnie pracować. Przyjrzała się uważnie stojącemu przede mną wilkowi. Była to nieduża wadera, która mogłaby uchodzić za wyrośniętego szczeniaka. Miała ciekawe umaszczenie, przywodzące na myśl pandę małą. Wpatrywała się we mnie świdrującymi oczyma.
- Napatrzyłaś się już? - warknęłam do wadery.
- Oczywiście. A teraz mów, kim jesteś i czemu polowałaś na tego zająca?
- Nazywam się Księżna, a na zająca po prostu miałam ochotę, nie wiedziałam, że ktoś już na niego poluje. Teraz twoja kolej.
- Nam Soo. Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
- Tak. Czy przyjmiesz ofertę polowania, bo skoro obie jesteśmy głodne, to czemu nie miałybyśmy połączyć sił?

<Nam Soo?>

Od Moymiry CD. Vanessy

Delikatne szarpnięcie, potem szczypanie i ulga w bólu. Świat powoli się rozjaśniał, a z oddali dochodził oddech. Wilczy oddech.
-Jak się czujesz?
Zniekształcony przez otępienie głos wyrwał ją z letargu. Serce przyśpieszyło, krew znów zabuzowała w żyłach. Oczy zaczynały wychwytywać pojedyncze obrazy, jednak niewyraźne. Pierwsze o czym pomyślała, było rzeczą oczywistą.
- Peter? Czy umarłam? Jesteśmy razem?
Sama usłyszała swój głos będący mieszaniną łkania, chrypki i nieświadomości otoczenia. Drżał, niczym liść na jesiennym wietrze.
- Przykro mi, nie jestem żadnym Peterem, a ty wciąż żyjesz.
Mimo to przez krótką, ulotną chwilę była przekonana, że to on, że stroi sobie żarty, jak to miał w zwyczaju. Ale czar prysł i łza rozczarowania spłynęła jej z oka. Po chwili jednak skarciła samą siebie i podbiosła się gniewnie do siadu, zła na swoje chybotliwe i niepewne łapy. Przed sobą ujrzała waderę o fioletowej sierści, na której pysku wykwitł smutny uśmiech. Pierwszym co pomyślała było uderzające podobieństwo obcej do rodziciela i większości rodzeństwa... Czyżby zstąpił w nią duch ojca?
- Kim jesteś?
- Van.
- To skrót od Vanessy?
Cisza, jaka zapanowała po tym pytaniu utwierdziła jedynie Moymirę w przekonaniu o swojej racji. Mimo złego samopoczucia, uśmiechnęła się blado acz triumfalnie, skinęła głową i z lekkim trudem podniosła się na wszystkie cztery kończyny, nie spuszczając spojrzenia z nowopoznanej wilczycy.
- Masz śliczne imię, nie masz powodów do wstydu. Kiedyś znałam wilka imieniem Genowefa- uśmiechnęła się życzliwie do zaskoczonej wybawicielki- Moymira jestem i zgaduję, jakoby należysz do jakieś watahy?
Wspomnienie o siostrze zakłuło ją w serce. Odruchowo zacisnęła szczęki, próbując przywołać podświadomość do porządku.
Nagle, zesztywniałe mięśnie tylnych kończyn odmówiły jej posłuszeństwa wobec tego siadła niespodziewanie na własnym ogonie. Jak łatwo się domyślić, nasza bohaterka zapłonęła na pyszczku czerwienią, jakiej niepowstydziłby się dobrze wygotowany homar.

Van? c:

Od Terry CD. Lety

Zerwałam się na równe "łapy" gdy tylko się obudziłam. Byłam wciąż słaba ale nie na tyle oszołomiona by nie móc wstać. Gdy Leta zadała pytania, domyśliłam się że wszystko widziała wraz z atakiem na mnie...
-Czego od ciebie chciały?-zapytała, a ja sobie pomyślałam że większość wilków jest... zbyt ciekawska.
-Co Cie to obchodzi... nie twój problem-powiedziałam, dobrze wiedząc że wadera chciała być po prostu... się no nie wiem, zaprzyjaźnić? Z pozoru jestem wredna ale tak naprawdę tęsknie za towarzystwem innych wilków, ale po prostu nie chciałam się zaprzyjaźniać od razu po spotkaniu...
- Dobra jak nie chcesz to nie mów-powiedziała Leta- A czy jest tu jakaś wataha? Chciałabym dołączyć.
-Tak jest tu Wataha Krwawego Diamentu...mogę Cię zaprowadzić do Kestrel, samicy alfa, i z nią pogadasz-powiedziałam niepewnie
-Jak sie czujesz?-zapytała-Jakby co jestem medykiem więc Ci pomogę...
-Nie wszystko w porządku-skłamałam. Nie potrzebowałam niczyjej pomocy gdy byłam szczeniakiem tym bardziej teraz nie potrzebuje.-Lepiej już chodźmy do Kestrel....

<Leta lub Kestrel>

Nowy wilk – Rizuuki!

Imię: Rizuuki
Wiek: 4 lata i 3 miesiące
Rasa: Wilk Ognia
Płeć: Basior
Stanowisko: Wojownik
Moce
  • Tworzenie kul ognia- może nimi rzucać w rywala przez co wróg może spłonąc, lecz może wywołać też tylko lekkie oparzenie.
  • Tworzenie pożarów- Wilk może stworzyć pożar kiedy mu to odpowiada. Nie musi być to duży pożar.
  • Kontrolowanie Ognia- Ogień slucha wilka i wykonuje jego polecenia. Używane raczej w samobronie czy ataku.
Cechy charakteru: No więc raczej trochę chamski, złośliwy z niego wilk. W obecności kogoś nowego jest bardzo nieufny. Trudno go do siebie przekonać, gdyż Riz nie będzie miłym kolesiem. Do przyjaźni nigdy jakoś tak nie biegł... dlatego rozmowa z nim będzie krótka i sztywna. No taki jest Riz. Jednak gdy kogoś naprawdę polubi będzie mógł nawet poświęcić życie za tą osobę.
Cechy szczególne: Nie ma stojących uszów... uginają się w pewnym momencie.
Partnerka: Braaak.

Od Antoinette CD. Asare

Zachód słońca dodał skrzydeł odwagi mojej zszarganej nerwami duszy. Pewność siebie umościła się na dnie mojego serca, zwalniając puls i uspokajając oddech. Poczułam, jakby runęła tama pomiędzy moimi zmysłami a bodźcami z świata zewnętrznego. Wciągnęłam w płuca głęboki haust powietrza i powoli go wypuściłam, wyczuwając w atmosferze najróżniejsze zapach, poczynając od rześkiego zapachu strumyka, szumiącego nieopodal nas, przez roślinność wokół nas po specyficzny zapach basiora obok mnie. Skierowałam na niego swoje złote spojrzenie, dopiero teraz rozumiejąc, że coś do mnie mówił. Pokręciłam szybko głową, zastanawiając się, jaką przysługę mógłby mi wyświadczyć nieznajomy. Westchnęłam, rozumiejąc, że rzuciłam słowa a wiatr, nie mając żadnego koła ratunkowego w postaci pomysłu na odpowiedź.
- Mógłbyś, eee, um.. Mógłbyś... - Warknęłam pod nosem i podniosłam uszy, słysząc, jak wiatr tańczył pomiędzy różnorakim igliwiem oraz roślinnością. - Mógłbyś się nauczyć czuć. - Wypaliłam wreszcie, ruszając do przodu. W mojej wypowiedzi słychać było cień kpiny na to, co Asare zrobił parę chwil wcześniej. Zganiłam się w myślach za takie zachowanie, lecz z zewnątrz wydawałam się zadowolona z tej a nie innej odpowiedzi. Uniosłam głowę i ruszyłam tropem jakiegoś zwierza, czując w płucach specyficzny zapach zwierzyny.
***
Śledziłam swój przyszły posiłek od dłuższego czasu. Od dawna byłam gotowa skoczyć, lecz czekałam na najlepszy moment. Księżyc świecił wysoko, gdy siedziałam skulona w krzakach, wbijając swoje spojrzenie w sarnę, która oddzieliła się od stada. Żołądek domagał się jedzenia przez uciążliwe ssanie, które towarzyszyło mi od dłuższego czasu. Zmrużyłam oczęta i ugięłam łapy, nie spuszczając bacznego spojrzenia z parzystokopytnej. Naprężyłam mięśnie i wciągnęłam w płuca ostatni haust powietrza, po czym z warknięciem rzuciłam się zwierzynie do gardła. 
***
Sarna leżała u moich łap. Dyszałam ciężko z pogoni, jaką musiałam uskuteczniać z racji tego, że zwierzę było o wiele zwinniejsze ode mnie i zdołało uciec z łap śmierci na parę chwil. 
Wciągnęłam w płuca powietrze, po czym nachyliłam się nad zdobyczą, gdy usłyszałam czyjś rechot i zawodowe parsknięcie.
- A więc tak to się robi, Ant? 
Wiedziałam kto to. Kur*a. 

<Asare?XD>

Od Van CD. Moymiry

Spacerowałam po lesie. Dopiero niedawno dołączyłam do tej watahy i postanowiłam dokładniej obejrzeć teren.
Gdy mijałam właśnie obrzeża lasu usłyszałam jakiś głos. Z początku był niewyraźny, więc podążyłam za nim, aż stał się na tyle głośny, że dało się usłyszeć słowa:
- Peter?
Nie miałam pojęcia czy było to stwierdzenie czy pytanie, ale wiedziałam, że wilk wypowiadający te imię był bardzo słaby. Głos powoli cichł. Szłam za nim przyśpieszając krok gdy w końcu zauważyłam waderę. Leżała nieruchomo na ziemi. Była ranna. Krew barwiła jej futro na czerwono. Nie zastanawiając się ani chwili przyłożyłam łapy do jej ciała. Rany zaczęły znikać, ale wilczyca nadal leżała nieruchomo. Po kilku minutach otworzyła oczy. Zdawała się być oszołomiona i chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Przynajmniej do czasu gdy spytałam:
- Jak się czujesz?

<Moymira?>

Od Lety CD. Terry

Błąkałam się od kilku dni po okolicy .Już dawno czułam zapach wilków ale jeszcze na żadnego się nie natknęłam. W pewnym momencie zapach stał się silniejszy,poszłam za nim. To co zobaczyłam przeraziło mnie. Jakaś wadera otoczona była dziwnymi istotami przypominającymi wilki... Zastygłam w bezruchu, gdy ją zaatakowały. pojawiły się jeszcze dziwniejsze istoty, jakby cienie wilków. Cienie zabiły te drugie istoty, po czym znikły, a wadera upadła. Gdy się upewniłam, że wszystkie istoty znikły niepewnie do niej podeszłam. Sprawdziłam czy żyje. Uff żyła, to znaczy że zemdlała. Usiadłam obok niej, czekając aż się obudzi.
❇ ❈ ❉ ❊ ❋✦⁂⋆❄❅❂
Gdy zaczęła się budzić, wstałam. 
- Kim jesteś?-Powiedziała nieufnie 
-Jestem Leta. A ty?
- Nieważne-Powiedziała wstając i rozglądając się niepewnie 
- Te istoty...co to było?-zapytałam 
- Demony-Powiedziała po czym ugryzła się z język - nie powinnam była ci tego mówić.

<Terra?>

Od Stuart'a CD. Van

Wzruszyłem ramionami. Pora zacząć moją bezinteresowność w stosunku do Van... 
-Ruszamy.-Mruknęła do nas Kestrel, podając mi do łap małą mapkę, przedstawiającą tereny WKD. 
-Gdzie idziemy?-Spytała Van, wyrywając się przede mnie i dorównując kroku Alphie. 
-Nad wodopój.-Odpowiedziała z uśmiechem. Przystanąłem na chwilę, a obie wadery poszły w moje ślady.
-Coś się stało, Stuu?-Zapytała Van ze zmartwioną miną. Pokręciłem głową.
-Nie... Tylko... Przecież byliśmy już nad wodopojem.-Mruknąłem. Rozłożyłem mapę na ziemi i dotknąłem pazurem naszego celu. 
-Lepiej będzie, jeśli na sam początek pójdziemy na Polanę Starych Dębów.-Wytłumaczyłem. Kestrel stojąca nad mapą chwilę się zastanowiła, po czym westchnęła.
-Stuart ma rację. Skoro twierdzicie, że nad wodopojem już byliśmy, to gdy wyruszymy nad Polanę Starych Dębów zyskamy trochę czasu i w ten sposób będę mogła wam trochę poopowiadać o historii tego niezwykłego miejsca. 

~*~

Minęło parę minut, ale po wspinaczce po niewielkich pagórkach (Które dla nas wydawały się wielkie jak góra Olimp w Atenach...) dotarliśmy na miejsce. Wokół nas znienacka wyrosły gigantyczne dęby... Wyglądały tak magicznie i przepięknie... Kestrel odchrząknęła. 
-Wilki zawsze zachwycały się ogromnymi dębami, jednymi z najstarszych w watasze... Ich pnie osiągają nadnaturalne grubości, korzenie - o bardzo dziwnych kształtach - zadziwiające długości. Legendy głoszą, że na polanie krąży jakaś aura: podobno kiedyś pradawni magowie odprawiali tutaj swoje rytuały, dlatego wilki wierzą, że miejsce to jest zaczarowane, magiczne i mogą wydarzyć się tutaj dziwne rzeczy. A może to tylko dlatego, że polana leży niedaleko Lasu Duchów...?-Wytłumaczyła. Uśmiechnąłem się do wadery i zacząłem klaskać, a zaraz po mnie Van.

<Van? Kestrel?>