piątek, 27 marca 2015

Od Shogain'a CD. Shy

Kiedy poprosiła mnie o puszczenie jej oczywistą odpowiedzią dla mnie było "nie". Czułem się jak cienkie prześcieradło, które jeśli nie podejmie żadnej decyzji rozerwie się. Przez chwilę rozważałem przywołanie demonów, ale to było zbyt ryzykowne dla Shy. Nie wiedziałem, jak zareaguje. Dlatego wykonałem jej polecenie. Kiedy spadała, czułem, jakby ktoś zmiażdżył mi wielkim młotem żebra. Z trudem oddychałem, a w klatce piersiowej czułem przerażający ból. Jak mogłem to zrobić?! Jak mogłem puścić kogoś, kto tyle dla mnie zrobił?! Jak mogłem dać spaść waderze, którą... No właśnie. 
Zobaczyłem, że nie spadła. Leżała potłuczona na półce skalnej, cicho jęcząc z bólu. No tak, z takiej wysokości nie miała szans na ocalenie żeber w całości. Wołałem ją ale nie słyszała. Co gorsza po chwili przyszły jakieś obce wilki i ją zabrały. Wyczułem u nich, podobnie jak u Shy, jakieś zaklęcie, z pewnością rzucone przez demona. Nie mogłem jej tak zostawić, więc powoli zmierzając za nimi, z ostrożnością, by nie zauważyli mnie od razu.
***
Kierowałem się głównie zapachem. Nie patrzyłem pod nogi, nie obchodziło mnie, że co chwilę o coś się potykam. Liczyła się Shy, tu i teraz. Kiedy przed tajemniczymi wilkami otworzyła się skała przez chwilę zgłupiałem. Dopiero, gdy na powrót zaczęła się zamykać z prędkością odrzutowca wskoczyłem do środka w ostatniej chwili. 
Siła mocy demona kompletnie mnie zagłuszyła. To miejsce było pełne jego zaklęć. A raczej wilki, które tu mieszkały. Ta chwila dezorientacji kosztowała mnie zauważenie przez strażników, którzy już zmierzali w moją stronę rzucając kulami ognia. Kiedy jedna znalazła się w odległości około 12 stóp, zauważyłem kilka metrów od siebie cień. Oddałem skok nadziei, w ostatniej chwili unikając gorącego pocisku i zniknąłem w ciemności.
***
- Wpuście mnie do niej! Shy! - krzyknąłem znad zasłony strażników. Początkowo nie chcieli mnie wpuścić, lecz gdy powiedziała, że jestem przyjacielem wpuścili mnie, aczkolwiek niechętnie.
- Kim jesteś? - spytała surowo wadera, patrząc jak biegnę w kierunku przyjaciółki. Zignorowałem ją i po prostu podbiegłem do Shy trącając jej pysk swoim.
- Shy? Shy! Obudź się! Co oni ci zrobili? Shy, proszę! - byłem całkowicie roztrzęsiony, bałem się, że może umrzeć. Tajemnicza wadera natychmiast mnie jednak uspokoiła.
- Spokojnie. To po prostu reakcja na ból. Przenieście ją na posłanie. - rozkazała strażom.
- Nie trzeba. - warknąłem i sam to zrobiłem. Usiadłem przy niej i ostrożnie gładziłem ją po policzku. Po chwili jednak położyłam się przy niej.
- Nie możesz tu siedzieć, to szpital! - rzuciła pretensjonalnie niedawna rozmówczyni Shy. - Kim ty jesteś co?!
- Przyjacielem Shy, gotowym oddać za nią życie.
- Przyjacielem? Czy tylko? - wadera kompletnie zmieniła ton, wydawała się zaciekawiona. - Jaka jest twoja rasa, hm?
- Rubeus Lupus Mortem. - nie było sensu tego ukrywać, sama wkrótce by się domyśliła. Jak stawiałem, zrobiła krok do tyłu, a jej źrenice rozszerzyły się w niepokoju.
- Wyjdź stąd.- rzuciła bez emocji. Nie posłuchałem. - Wyjdź stąd natychmiast!
- Nie zostawię jej. 
- Nie obchodzi mnie to. Myślisz, że będzie chciała się związać z tym, czym jesteś ty?! Z kimś, kto przypomina jej o demonie?! Bzdura! - te słowa zabolały. Miałem tylko nadzieję, że Shy nie słyszała tej dyskusji. Bałem się tego, jak zareaguje na wieść, że nie chcę poprzestać na przyjaźni.
- Nawet jeśli, to trudno. Jestem jej przyjacielem. Jeśli będzie taka potrzeba, to mi wystarczy.
- Nic nie rozumiesz! Demon, który pozbawił ją wzroku... Był wytworem jednego z twojej rasy!
- To daj mi go powstrzymać! - rzuciłem, nim uświadomiłem sobie pełne znaczenie tych słów.
- Powstrzymać? - wydusiła wadera. Postanowiłem spróbować. Dla Shy.
- Tak. Panuję w jakimś stopniu nad demonami. Jeśli go okiełznam, być może wszyscy odzyskacie wzrok. 
- Zdajesz sobie sprawę, jakie to ryzyko?
- Tak. Wiem, że mogę zginąć, ale to zrobię. Tylko i wyłącznie ze względu na Shy.

<Shy?>

Od Ignite'a CD. Nekami-Mei

Ta noc była dziwna. Ciągle miałem w głowie tą waderę, musiałem ją skądś znać. Chociaż ta noc była dziwna, mój sen był jeszcze dziwny, nadal myślę jak ja w ogóle dałem radę zasnąć tej nocy.
W śnie była na początku pustka. Byłem sam w nicości, po pewnym czasie zobaczyłem moje własne odbicie, które co ciekawe przemówiło do mnie.
-Nie zapominaj kim jesteś. On cię szuka. Nie wypełniłeś zlecenia, lepiej się ukryj, nim cię znajdzie.
Rano postanowiłem od razu pobiec do Nekami-Mei. Wiedziałem że coś mam z nią wspólnego. Gdy dochodziłem do kryjówki wadery, znowu lękały mnie halucynacje.
Nie wypełniłem tamtego zadania, a teraz mnie nękały halucynacje osób które przez to zginęły. Ciągle słyszałem od tych halucynacji "Uciekaj!". Najpierw sen, teraz halucynacje. Czy on naprawde tutaj idzie?
Wadera wyszła na zewnątrz.
-Nekami...
Powiedziałem z nutą strachu, wiedziałem że coś musi mieć wspólnego z tamtym zleceniem.
-Co się stało...Co to było?
Spytała się mnie szeptem, było widać że nic nie wie.
-Potrzebuje twojej pomocy.
-No dobrze, a jakiej?
Nie wiedziałem czy ściemniać czy mówić prosto z mostu.
-Musisz sobie jakoś przypomnieć czy się kiedyś nie spotkaliśmy, oraz musisz mi pomóc się ukryć.
-Ale przed kim?
-Przed, pewną niebezpieczną osobą.
-...Postaram się
Było widać że wadera była zaskoczona moją prośbą, również było widać u niej lekkie zakłopotanie, było widać że nie wie o co chodzi.

***
-Ojcze dostałem informacje gdzie on się znajduje. Podobno dołączył do jakiejś watahy. Wiem gdzie ta wataha ma miejsce.
-Dobrze synu. Znajdź go i przyprowadź do nas twojego brata.
-Również dostałem informacje że ona wciąż żyje.
-To mało ważne, priorytetem jest twój brat. Znajdź go i przyprowadź go po dobroci, jeśli będzie stawiał opór, zrób to siłą.
-A co z tą waderą?
-Wyeliminuj ją i każdego kto ci stanie na drodze, nie chcemy żadnych świadków.
-Tak jest.
***

<Nekami-Mei? Wybacz że tak długo, wena mnie opuściła>

środa, 25 marca 2015

Nowy wilk - Angora!

Walk This Way [COMMISSION] by QueenAphie
Imię: Angora (Aya, Ava)
Wiek: 1 rok i 6 miesięcy
Rasa: Purple Lojsta - Rasa pochodząca z krainy Lojsta. Wilki z tamtych stron miały fioletowawą sierść. Ona tak nie wygląda, bo jej geny są pomieszane z innymi rasami.
Płeć: Wadera
Stanowisko: Odkrywca
Moce:
  • Nie wiem jak to określić. Potrafi zniknąć, stać się niewidzialna, ale sama wtedy słabiej widzi. Podczas tego ,,transu'' zna czyjeś uczucia. Nie ma pojęcia jak to robi, po prostu wie, że tak jest.
  • Potrafi kogoś przytłoczyć złymi myślami, wyobrażeniami, wspomnieniami itp. Po kolei pojawiają się: atak kaszlu, gorączka, drgawki, padaczka, zatrzymanie pracy serca. wszystkie objawy pojawiają się chwilowo.
  • Może powodować halucynacje, czyli ktoś widzi coś innego niż naprawdę.
Cechy charakteru: Jest towarzyska i lubi poznawać innych choć czasem boi się zacząć rozmowę, co nie oznacza, że jest wstydliwa. Uwielbia być w centrum uwagi, wywyższana itp. choć stara się tego nie pokazywać. Jest dość skromna i choć lubi być chwalona ona sama się nie chwali. 
A teraz przejdę do jej wad. Uwielbia się mścić. To jest dla niej taka satysfakcja ,ze za jej cierpienie będzie teraz cierpiał ktoś inny. Potrafi być wredotą i ostatnią osobą, którą chciałoby się zobaczyć. Lubi wdawać się w kłótnie z wilkami, które są poza jej okręgiem znajomości pt. ,,OK''. To sprawia jej przyjemność. Te wszystkie bezlitosne ciosy słowne, ta zniewaga w stosunku do niej... to wszystko jest dla niej zabawą.
Ma jedną nietypową wadę ... Jest CIEKAWSKA (dlatego nazwałam to nietypową wadą). Nienawidzi tego w sobie. Jeżeli coś zaszeleści w krzakach MUSI to zobaczyć. jeżeli coś zapiszczy MUSI się dowiedzieć co.
Nie jest odważna, ale gdy ktoś jest w niebezpieczeństwie postawi się w jego obronie
Chciałaby być taka jak inni (choć sama nie wie co lub kogo oznacza słowem INNI).
To chyba wskazuje, że ma jakiś... kompleks.
Cechy szczególne: Oczy. Jej oczy są inne. Raczej inne to za mało powiedziane one są... jedyne. Niemalże świecą fiołkowym kolorem. ona sama nie wie dlaczego, ale czuje się do nich przywiązana. To trochę dziwnie brzmi, ale to szczera prawda. Czuje jakby to była jakaś pamiątka i to dlatego tak świecą.
Ma ,,ciekawy'' lęk, boi się dziwnych twarzy i oczu.
Partner: Brak

wtorek, 24 marca 2015

Nowy wilk – Usuku!

Tsar by KFCemployee
Imię: Usuku 
Wiek: 3 lata
Rasa: Wilk śródziemnomorski
Płeć: Wadera 
Stanowisko: Zielarka
Moce: syreni śpiew- śpiew, który jest w stanie uzależnić i zmusić do wszystkiego każdego samca, niezależnie od gatunku. W momencie zagrożenia życia ( ale tylko i wyłącznie wtedy!) potrafi wywołać halucynacje dotyczące zmarłych, wytęsknionych osób. Błękitny ogień- potrafi przywołać fizycznie odczuwalny ogień nadziei. ( istnieje naprawdę, lecz nie da się nim sparzyć. Wspomaga wiarę w coś i psychikę, daje nadzieję na lepsze dni)
Cechy charakteru: Może opowiem najpierw, jaka Usuku chciałaby być.
Chce być zła. Nielojalna. Kłamliwa. Wredna. Bezwzględna. Taka, jaką chciał widzieć ojciec. Zawsze traktował ją tak, aby wyrosła na jak najbardziej wyrodną wilczycę. Dlaczego? 
Ojciec samicy był Ciemnością, czyli Izagi. Związał się z córką Ukukhanya, Isihenqo. Dopełniali się idealnie. Byli piękni i potężni. Jednak nie kochali się. W ich związku nie było miejsca na miłość. 
Jednak Isihenqo zawsze pragnęła czegoś więcej. Nie mogła też się pogodzić z tym, że jej dzieci również będą miały zaplanowane całe życie, nie będą miały wolnej woli ani możliwości wyboru, kim są zostać. Była jednak pokorną samicą, dlatego nie leżało w jej możliwościach, aby zbuntować się przeciwko takiemu losowi potomstwa, jednak w geście sprzeciwu nadała dzieciom zupełnie inne imiona, niż te przeznaczone im przez Izagiego. Jasny, dobry syn otrzymał więc imię Ukufu- krew, a uczona przez ojca Usuku- dzień. Potajemnie sama nauczała swoje dzieci. Potomstwo słuchało zarówno o dobrze, jak i złu. I choć posłuszne ojcu dzieci odgrywały swoje role, mały Ukufu zawsze marzył, aby zostać piratem, a w jego czystym sercu zasiane zostało ziarno goryczy, a Usuku pragnęła światła. Kochała wiosnę, słońce, światło. Dlatego też tak strasznie nie chce wychodzić na zewnątrz w dzień- obawia się że po zestawieniu z takim jasnym światem nie będzie w stanie wrócić do mroku.
Usuku to kłamliwa wadera. Jednak to, że łże jak, no, pies, nie bierze się wcale z jej złego charakteru, jak jest sama przekonana. Ona po prostu boi się, że ktoś wykorzysta jej słowa przeciwko niej. 
Gdzieś w głębi niej, dostrzegane tylko przez pojedynczych, są lojalność, wrażliwość i pragnienie, aby na zawsze odmienić swoje życie. Stara się być niedostępna i jak najbardziej ukrywać swoje problemy z osobowością.
Cechy szczególne: Czerwone znamię na pysku- pamiątka po starciu z bratem, Boi się dnia, światła. Kocha ogień- uważa go nie za siłę zniszczenia, jak większość osób, lecz symbol nadziei.
Partner: szuka 

Od Shy CD. Ezry

Szliśmy lasem. Miałam nadzieję, że tym razem uda mi się coś upolować. Ostatnim razem spłoszyłam całe stado i nic nie złapałam. Nagle gwałtownie się zatrzymałam. Włączyłam "lokalizator". Bingo!
- Zdobycz jakieś 300 metrów od nas na zachód - ogłosiłam.
Wyczuwałam zdziwienie Ezry, ale już nie pierwszy raz spotykałam się z taką reakcją. Bawiło mnie to już nawet. Basior mimo osłupienia posłusznie poszedł za mną. Nie minęło kilkanaście minut, a już znajdowaliśmy się w pożądanym miejscu. Teraz postanowiłam zmienić taktykę. Wspięłam się bezszelestnie na jedno z drzew. Czekałam na odpowiedni moment.
- No, podejdź. Tylko o to proszę - pomyślałam.
Nieźle się musiałam namęczyć, żeby jeden z jeleni wreszcie zbliżył się do drzewa. Gdy był już wystarczająco blisko, wykonałam skok. Niestety, ten ruszył się bardziej w prawą stronę i chybiłam.
- O nie! Tym razem mi nie uciekniesz - zasyczałam zdenerwowana.
Ruszyłam w pogoń za zwierzakiem. Lokalizator pracował na pełnych obrotach, a ja skupiłam się maksymalnie. Omijałam grube pnie drzew, ich korzenie, a także ostre kamienie w podłożu. Wreszcie wyskoczyłam przed zwierzę i wgryzłam się zębami w jego kark. Dyszałam ze zmęczenia, ale byłam zadowolona. Po chwili dołączył do mnie Ezra.

<Ezra? Wybacz, że tak krótko.>

Od Shy CD. Shogain'a

Uśmiechnęłam się perliście. Ale dałam się podpuścić. Niesłychane!
- Jak mogłeś mnie tak podejść? - zawołałam.
Podeszłam do niego i trąciłam go w ramię, uśmiechając się. 
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - rzekł rozbawiony.
- Zobaczymy, jak wyjdę na tym sąsiedztwie - zażartowałam.
Chciałam wejść głębiej, ale uznałam, że nie wypada. Stałam w bezruchu i wpatrywałam się w niewidoczny dla nikogo, nawet dla mnie, punkt. Cieszyłam się, iż Shogain wreszcie się rozluźnił. Wolałam, gdy wilki, znajdujące się w moim otoczeniu, tryskały dobrą energią i entuzjazmem. Choć basior nie przepadał za towarzystwem, czułam, że w moim się odnajdywał. To dobry znak. Próbowałam na niego spojrzeć. Ehhh... No właśnie... SPOJRZEĆ! Po raz pierwszy o tym pomyślałam. Po raz pierwszy do mojej świadomości słowa: "zobaczyć", "poznać wzrokiem" dotarły we właściwej formie. Nigdy wcześniej nie pragnęłam nikogo ujrzeć. Wydawało mi się to niepotrzebne, ale teraz... "Nie, przestań o tym myśleć. Nie możesz o tym myśleć. Pamiętaj, że masz nie żałować" przekonywałam się. Wreszcie postanowiłam odstawić to pragnienie na bok, zapomnieć o nim.
- A tak poważnie, to cieszę się, że zadomowiłeś się tu na dobre - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Ja też - przyznał cicho, jakby sam do siebie.
Shog stanowił dla mnie zagadkę. Wiele krył w sobie tajemnic, które trudno będzie rozwikłać. Ale może to i dobrze. Dla niewidomego nawet liść kryje w środku sekret.
- To co sąsiedzie, przejdziemy się? - zapytałam życzliwie.
- Z przyjemnością - zgodził się.
Skierowałam swoje kroki w stronę gór. Te zawsze mnie fascynowały. Szkoda tylko, że na szczyt prowadziła, tak trudna do pokonania droga. O tej porze na wierzchołek próbowało się zazwyczaj dostać sporo wilków, jednak dzisiejszy dzień stanowił wyjątek. Ani żywej duszy, z wyjątkiem mnie i Shogain'a. Przystanęłam na chwilę, aby napawać się niesamowitą energią tego miejsca.
- Piękne, prawda? - uśmiechnęłam się.
- Racja, widok jest powalający.
Zbliżyłam się do krawędzi i wystawiłam łeb do przodu. Wiatr tulił mnie w swoich ramionach, przenosił w fascynujący świat fantazji.
- Uważaj, żebyś nie spadła - ostrzegł mnie basior.
- Spokojnie, nie ma się, o co... - urwałam w połowie.
Usłyszałam trzask skały. Czułam, jak pojedyncze drobinki ziemi wyślizgują się spod moich łap. Na mój pysk wystąpiło przerażenie. Spadałam! Wtem Shog złapał mnie w ostatniej chwili.
- Trzymam cię, Shy - oznajmił lekko łamiącym się głosem.
Próbował mnie wciągnąć na górę, ale nie było to możliwe. Za bardzo zagłębiłam się w przepaść. Shogain trzymał mnie z całych sił, ale wiedziałam, że zasób jego mocy fizycznej musi się kiedyś wyczerpać. Gorączkowo szukałam jakiegoś rozwiązania. Włączyłam w głowie lokalizator. Po pewnym czasie napotkałam na coś, ale nie było to drzewo. Nie mogłam stwierdzić, co to, ponieważ "nie żyło". Nagle w moim umyśle zajaśniał pewien ryzykowny pomysł.
- Puść mnie - rzekłam spokojnym głosem.
- Co?!
- Puść mnie - powtórzyłam.
- Shy, ty chyba zwariowałaś. Przecież spadniesz! - krzyczał wręcz.
- Pode mną, jakieś kilka metrów, jest grunt. Nie wiem, czy to trwała płyta skalna, czy tylko krucha platforma, która zaraz się rozleci, ale musimy spróbować - próbowałam przemówić mu do rozsądku.
- Zwariowałaś, przecież cię stąd wyciągnę. Zobaczysz - zapewniał mnie.
W jego głosie słyszałam panikę, strach i przerażenie, które za wszelką cenę starał się ukryć. Czułam też jego emocje. On naprawdę to przeżywał...
- Posłuchaj mnie. Ty i ja dobrze wiemy, że długo mnie tak nie utrzymasz. Puść moją łapę - prosiłam.
- Nie mogę... - szepnął z bezsilnością.
- Spójrz na mnie - próbowałam złapać z nim kontakt wzrokowy, ale chyba słabo mi to wyszło - Puść mnie. Spadnę na platformę, ale nic mi się nie stanie. Zaufaj mi - uśmiechnęłam się.
Mój głoś był spokojny, opanowany. Nie chciałam wpływać na jego decyzję swoimi mocami. Pragnęłam, aby podjął ją dobrowolnie. Gdzieś głęboko czułam jego wewnętrzny ból. Toczył niezwykle ciężką walkę z samym sobą.
- Shy, nie potrafię... - wyznał.
- Po prostu zamknij oczy i rozluźnij uścisk. Tylko tyle - szepnęłam pewnie.
Po chwili poczułam, jak Shogain z trudem puszcza moją łapę. Spadałam. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać. Wreszcie runęłam z impetem w skałę. Zasyczałam z bólu. Do moich uszu docierały strzępki słów, które wykrzykiwał Shog. Żebra bolały mnie niemiłosiernie. Wtem usłyszałam czyjeś kroki. Po chwili poczułam, jak się unoszę.
- Kim jesteście? - zapytałam słabym głosem.
- Nie bój się. Nic złego ci nie zrobimy. Nawet nie wiesz, jak jesteśmy do siebie podobni - odparł jeden z nich.
Po tych słowach straciłam przytomność.
~*~*~*~
Obudziłam się w jakieś jaskini. Pod plecami czułam miękkie poduszki. Dotknęłam łapami żeber. Okazało się, że zostały owinięte bandażem. Nie próbowałam nawet wstawać. Zamiast tego zawołałam:
- Jest tu kto?
- O, witaj! Dobrze, że już się obudziłaś - odparła jakaś wilczyca.
- Kim jesteś? I gdzie ja jestem? - dopytywałam.
- Mam na imię Lili. Jesteś w naszej kryjówce.
- Waszej? Jest was tu więcej? - zdziwiłam się.
- Owszem i wszyscy jesteśmy niewidomi zupełnie tak, jak ty, Shy - odparła.
Zamurowało mnie totalnie. Skąd zna moje imię? Skąd wie, kim jestem, skoro mnie nie widzi? A może... Nie, to nie mogła być prawda.
- Tak, Shy. Dobrze myślisz - uśmiechnęła się.
- Wy wszyscy jesteście z mojej watahy... - powiedziałam na głos.
- Mamy tu świetnego przywódcę. To nasz mentor i opiekun, ale nie jest niewidomy. Może to i lepiej. Chociaż ostatnio pojawiły się problemy... - szepnęła.
- Jakie problemy? - zmartwiłam się.
- Problemy z demonem. On wrócił, Shy. Dobrze wiesz, co to oznacza... - odpowiedziała niepewnie.
Byłam przerażona. Dlaczego teraz, gdy się ustatkowałam, znalazłam sobie dom i przyjaciół? Nie zdążyłam wypytać o szczegóły, bo usłyszałam huk.
- Co to było? - zmartwiłam się.
- Pójdę sprawdzić - odparła Lili.
Po chwili do moich uszu doleciały strzępki kłótni. Wstałam z łóżka, czując przy tym ból, ale szybko go wyłączyłam. Nie był mi teraz potrzebny. Podeszłam do kłócących się wilków. Z trudem się poruszałam, jednak dałam radę.
- Shy! - zawołał znajomy głos.
Odetchnęłam z ulgą. To był Shogain!
- Co ty zrobiłaś?! Nie wolno ci wstawać! - skarciła mnie Lili.
- To mój przyjaciel, wpuście do natychmiast - rzekłam.
Po tych słowach padłam zemdlona na ziemię.

<Shog? Jak tu trafiłeś i co dalej?  ;)>

Od Ink'a CD. Ryu

"Patrzyłem" na Ryu, która wskoczyła w najbliższą zaspę, jak przerośnięte szczenię.
Przed nami wznosiły się dostojne szczyty pradawnych gór, naznaczone na wierzchołkach czapami białego puchu.
Ruszyłem śladem wadery, starając się omijać największe górki śniegu. Wilczyca parła naprzód, skacząc z zaspy do zaspy.
Po kilku minutach stanęła przede mną, wyraźnie zziajana.
- Tak bardzo lubisz śnieg? - zapytałem, lekko wykrzywiając pysk.
- Jasne - odparła prosto - a ty nie?
- Cóż... jest dla mnie trochę za zimny - odpowiedziałem.
W odpowiedzi jedynie wzruszyła ramionami.
- To co? Wracamy? Zrobiłam się głodna przez ten spacer - mruknęła po chwili.
Popatrzyłem na nią z rozbawieniem.
- Znowu? Co tym razem chciałabyś zjeść? - zadałem chyba najbardziej oczywiste pytanie.
- Hmm... może kozła - podsunęła.
Westchnąłem z rezygnacją i skierowałem się z powrotem w stronę lasu.
Wadera ruszyła za mną.

<Ryu? Sorry że takie krótkie, ale nie mam weny :/>

Nowy wilk - Shali!

Imię: Shali
Wiek: 2 lata 
Rasa: Wilk Nieba
Płeć: Wadera
Stanowisko: Łowczyni
Moce:
  •  Latanie: Shali może szybować w powietrzu, unosić się jak ptak.
  • Czytanie w myślach: Shali może bardzo szybko wkroczyć do umysłu innego wilka. Może zobaczyć co teraz myśli, co czuje, lecz sam wilk nic nie czuje, widzi tylko waderę wpatrującą się w jego oczy.
  • Rozmowa z ptakami: Przez to, że Shali jest Wilkiem Nieba, może rozmawiać z wszystkimi ptakami na świecie. Może się dowiedzieć gdzie lecą, jak się czują, i także z nimi normalnie rozmawiać.

Cechy charakteru: Shali jest nieprzewidywalna... nikt nie wie co chce teraz zrobić, co jej teraz wpadło do głowy. Mówiąc szczerze uwielbia żartować. Czasami ma nieprzewidywalne napady agresji. To skutek życia w swoim poprzednim stadzie, które było bardzo brutalne.
Cechy szczególne: Shali urodziła się ze skrzydłami. Od początku swojego życia bała się innych wilków, ponieważ rodzice ją poniżali przed całym stadem. Gdy miała rok uciekła. Zanim wyszła, ugryzłą obu rodzicach po kostkach z nienawiści i wyszła...
Partner: Gdy tylko wkroczyła do watahy zauroczyła się w Ryuuji...
Głos: Elena

niedziela, 22 marca 2015

Od Taigi

Był piękny słoneczny dzień. Ja i mój brat wylegiwaliśmy się przy wodopoju. Nic nie zapowiadało tego, by ten dzień wyróżniał się czymś
od innych. Jednak myliłam się... a może i nie?
- Nii-san, nuudzi mi się, poróbmy cooś!
- Nie. Moja moc przewidywania przyszłości dziś nie działa, nie chcę nas narażać.
- Oj przestań, co niby może się stać? - spytałam niewinnie
- Nigdy nic nie wiadomo. - odpowiedział lekko poirytowany
- Baka! - Burknęłam zła pod nosem i podeszłam bliżej wodopoju, by się napić.
Godziny mijały, a my tkwiliśmy przy wodopoju. Nic ciekawego się nie działo, aż do pewnego momentu...
- Nii-
- Cicho! - przerwał mi, zanim skończyłam mówić
- Słyszysz?
- Ale co? ...
- Ktoś nas obserwuje...
-Wiem, że tam jesteś, wyjdź! - Warknął, jakby miał zaraz kogoś zabić
Obcy wilk: Hah, szybko się zorientowałeś. - Odpowiedział szyderczo - Dostałem zlecenie, by się Ciebie pozbyć.
- Nie doceniasz mnie! - Syknął
- Hahah, nie jestem tak głupi, by atakować cię samemu. - W tym momencie zza drzew wyszło kilka innych wilków - Atakujcie!
W jednym momencie wszystkie wilki rzuciły się na Ryuujiego.
- Zostawcie go! - Krzyknęłam przerażona i bezmyślnie rzuciłam się na obce osobniki.
- Taiga?! Uciekaj, nie dasz sobie rady - Wykrzyknął, lecz po chwili został powalony na ziemię i zagryziony.
- Ryuuji... Nie, to nie jest prawda... - Czułam, jak łzy napływają mi do oczu

Próbowałam pomóc bratu, jednak obca wataha rzuciła się na mnie. Już nie miałam sił, padłam na glebę i...i zerwałam się na równe
nogi. Okazało się, że to był tylko sen.
- Stało się coś? - Spytał zaskoczony moim nagłym zrywem
- He? E... n-nie! Nic się nie sta-ło! - Odpowiedziałam zdezorientowana sytuacją.
Ten sen wydawał się taki rzeczywisty, lepiej oddalę się z tego miejsca... - Pomyślałam
- Nii-sam! Chodź za mną, szybko - złapałam go za skrzydło i pociągnęłam za sobą
- Huh? O co ci chodzi? - Spytał zdziwiony
- Nie pytaj, tylko chodźl błagam! - Krzyknęłam płaczliwym głosem
- Gdzie biegniemy?! - Pytał coraz bardziej zaniepokojony
- Nie wiem, byle jak najdalej od tamtego miejsca!

Biegliśmy przed siebie przedzierając się przez las. Nagle rozpętała się burza. Pioruny trzaskały jeden po drugim, a wiatr był
coraz silniejszy z każdą chwilą.
- Puść mnie wreszcie! - Powiedział zirytowany i wyrwał swoje skrzydło na wolność
- Błagam, chodź za mną! - Zaczęłam płakać
- Nigdzie nie idę, póki mi nie wyjaśnisz o co ci chodzi. - Odpowiedział jeszcze bardziej wkurzony
- Nie mogę..
Stałam w miejscu i płakałam. Brat czekał zniecierpliwiony aż zacznę się tłumaczyć, aż nagle piorun uderzył w drzewo,
pod którym stałam. Wtedy Ryuuji krzyknął, bym uciekła, jednak ja stałam i tępym wzrokiem patrzyłam, jak mój koniec zbliża się
wielkimi krokami. W ostatniej chwili brat odepchnął mnie i sam został przytrzaśnięty.
- Nie... RYUUJI! - Przerażona podbiegłam do jego ciała, które nieruchomo leżało pod wielkim cięzkim pniem.
- Proszę nie...

Krzyczałam na cały głos, modląc się, by to nie było kłamstwo. Kiedy piorun uderzył w 2 drzewo i miałam podzielić los brata,
znów skoczyłam na równe nogi. Byłam znowu przy wodopoju, Ryuuji leżał niedaleko mnie, a po burzy nie było nawet śladu.
- Stało się coś? - Spytał
Huh, to był tylko sen?

Tym razem zamiast udzielić odpowiedzi, złapałam go za skrzydło i pociągnęłam za sobą w drugą stronę.
- Co się dzieje? Gdzie mnie ciągniesz?
- Nie ma czasu na na wyjaśnienia. Biegnij za mną i za nic się nie zatrzymuj! - Odpowiedziałam stanowczo.
Coś tu jest nie tak, za każdym razem, gdy umieram budzę się przy wodopoju, jakby ktoś ciągle cofał czas - myślałam, nie patrząc gdzie biegniemy.
Burza znowu się rozpętała. Dziwnym cudem znaleźliśmy się na bagnach. Byliśmy już daleko od wodopoju, jednak ja ciągle biegłam.

- Wyjaśnisz mi w końcu o co ci chodzi?!
- Nie teraz! - Był to pierwszy raz, jak podniosłam na niego głos.
- Taiga...


Cwałowaliśmy przez bagna całkowicie tracąc orientację. Coraz bardziej panikowałam. Przeczuwałam, że zaraz znów coś się stanie.
Miałam rację. Brat nagle przestał biec. Gdy się obróciłam, zobaczyłam, że wpadł w ruchome bagno i jest wciągany. Starałam się mu
pomóc, jednak to tylko pogorszyło sytuację.

- To nic nie da... Nie wydostanę się już stąd!
- Nawet tak nie mów! - Płakałam i krzyczałam jednocześnie
- Tracisz czas, uciekaj!
- Nie ma mowy!

Czas mijał, a Ryuuji coraz bardziej był pochłaniany przez bagno. Już tylko niecała głowa wystawała mu znad "kałuży" a ja nadal
starałam się mu pomóc. Po chwili nie było już go widać. Usiadłam i zaczełam wyć. Wtedy wiatr wepchnął mnie pyskiem do bagna
i zaczęłam się dusić. Gdy już umierałam znów się obudziłam. Tym razem jednak znajdowałam się w przytulnej jaskini. Brat siedział
tuż obok mnie i czekał, aż wstanę.

- Ohayo, imoto-san! Długo spałaś.
- Hee? o, Ohayooo.. - Ziewnęłam
- Nii-san, czy możemy zostać dziś w jaskini?
- Huh? To do Ciebie niepodobne.. Stało się coś?
- Nie, tak po prostu...
- Jak chcesz...- Odpowiedział obojętnie i poszedł uciąć sobie drzemkę
Więc to jednak tylko sen...- Pomyślałam uradowana...- Chyba jednak polubię naszą jaskinię!

piątek, 20 marca 2015

Od Rhean CD. Nissy

- A co to jest? - mruknęłam. Właściwie nie miałam pojęcia, co się dzieje. Jeszcze przed chwilą przyciskałam waderę do ziemi, a teraz patrzyłam, jak ona zjada moją sarnę.
- Antidotum na truciznę - odpowiedziała wilczyca z kawałkami mięsa w pysku, co jeszcze bardziej mnie poirytowało.
- A czy ten jad, czy co to jest, wziął się we mnie z tego patyka, który należy do ciebie? - spytałam właściwie bezsensu, bo nie to było najważniejsze w tamtym momencie.
- Ze strzały - sprostowała. Odkręciłam dziwną buteleczkę z płynem i powąchałam jej zawartość. Napój miał mocny, rdzawy zapach. Zakręciło mi się od niego w głowie.
- Skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz, a to - tu wskazałam pyskiem na flakonik - mnie nie zabije?
- Nie możesz mieć takiej pewności - uśmiechnęła się szeroko. - Ale radzę, żebyś mnie jednak posłuchała, bo inaczej źle się to dla ciebie skończy - zmarszczyłam brwi. Niestety wadera miała rację - nie mogłam wiedzieć, czy od tego zginę, czy przeżyję. A co jeżeli nic mi nie jest? - pomyślałam. Jednak to pytanie szybko zniknęło z mojej głowy, gdy ból w boku znów dał o sobie znać. Wstrzymałam powietrze i wlałam nieznaną miksturę do pyska. Ciecz smakowała, jak kora drzewa, tylko była o wiele bardziej gorzka. Zakaszlałam i kilka razy przełknęłam ślinę, by pozbyć się obrzydliwego smaku z języka.
Spojrzałam na wilczycę zajadającą się moim śniadaniem. Dopiero wtedy miałam czas, by się jej dokładniej przyjrzeć. Wadera była biało-czarna. Miała wielkie skrzydła i fioletowe oczy. Na jej grzbiecie zauważyłam kołczan ze strzałami. Z szyi zwisał jej złoty wisior. Skrzywiłam się. Nie wiem czemu, ale każda biżuteria kojarzy mi się z niebezpieczeństwem.
- To może teraz mi wytłumaczysz, dlaczego goniąc moją zwierzynę staranowałaś mnie, postrzeliłaś w bok, a potem zabrałaś mi jedzenie i kazałaś pić, jakieś dziwne napoje? - warknęłam, co raz bardziej przekonana, że zostałam wkręcona w beznadziejną sytuację.
- Nie kazałam ci nic pić, sama się na to zdecydowałaś. A w ogóle to ja również chciałam zapolować na sarnę, a ty przez przypadek pojawiłaś się na moim celowniku... a potem się zderzyłyśmy - wytłumaczyła ze spokojem, co jeszcze bardziej mnie rozwścieczyło.
- A nie przyszło ci na myśl, że zranione już zwierzę gonione przez innego wilka jest już zajęte?! - wrzasnęłam. Właściwie ta kłótnia nie miała sensu, ale nie chciałam odpuścić. Zmusiłam się do uspokojenia swojego pulsu i przysiadłam na trawie - Dobra, koniec - ledwo co te słowa przebrnęły mi przez gardło, ale musiały brzmieć wiarygodnie, bo wyraz twarzy wadery nieco zelżał. Tkwiłam w przekonaniu, że się jeszcze kiedyś odpłacę, dzięki czemu udało mi się przestać denerwować.
- Jak się nazywasz? - zapytałam, gdy już całkowicie się wyluzowałam.
- Katniss, a ty? - odpowiedziała.
- Jestem Rhean.
- Należysz do jakieś watahy? - zmrużyłam oczy. Przypomniała mi się moja rodzina i lekka tęsknota znów wdarła się do serca.
- Nie - mruknęłam krótko, ale stanowczo. Nie chciałam poruszać tego tematu i Katniss to zrozumiała. Byłam za to bardzo wdzięczna.

<Nissa?>

czwartek, 19 marca 2015

Od Nissy CD. Rhean

Wędrując przez las usłyszałam odgłosy polowania. Wiedziałam, ze jestem na terenie jakiejś watahy, wiec odruchowo przeszłam w tryb czujności, polegający na bezszelestnym poruszaniu się. Ofiara i napastnik były coraz bliżej, czułam zapach świeżej krwi i nieostrożne dźwięki stawiania łap na suchym poszyciu. Kusiło mnie żeby po prostu polecieć dalej, ale na sam zapach sarniny mój żołądek zaczął na powrót domagać się jedzenia. Przyśpieszyłam do galopu, nie dopuszczając do wydania jakiegokolwiek dźwięku. Zwierzę wyłoniło się właśnie zza krzaków, toteż napięłam tylne łapy i potężnym odepchnięciem wybiłam się w powietrze. Pierwotnym planem był atak bezpośredni, ale widząc nieznanego mi wilka, który mógł chcieć mnie zaatakować, szybko przywołałam z kołczanu zwykłą, lecz śmiertelnie ostrą strzałę i wysłałam ją z ogromną siłą między oczy zwierzęcia. Jak zwykle, nie chybiłam. Machnęłam raz skrzydłami, by dłużej utrzymać się w powietrzu i zapikowałam do przedstawiciela mojego gatunku. Zwaliłabym go z nóg, ale pech chciał, że w tym samym czasie i tamten wilk wyskoczył. Zderzenie było bolesne i nie mogąc zapanować nad swoim ciałem, runęłam kilka metrów dalej. Skrzydła wygięły się, co trochę zabolało. Już miałam wstać, kiedy, jak się okazało wadera, przyszpiliła mnie do ziemi, przykładając do gardła pazury. Z jej boku sterczała jedna z moich strzał, których używałam do niepostrzeżonych zabójstw. Przypominała krótką gałąź, a była śmiertelnie niebezpieczna. Zawierała bowiem ogromną dawkę niewykrywalnej dla medycyny trucizny. Szybko policzyłam siłą woli strzały. Na szczęście zginęła mi tylko jedna. W kołczanie wyczułam też antidotum. Zawsze je nosiłam, na wypadek zadraśnięcia. Mogłabym jej pomóc, ale nie chciała mnie wypuścić. Zerknęłam na swoją szyję, upewniając się, że wisiorek na niej tkwi. Było to bez sensu, zważywszy na to, że nie dało się go zgubić, zawsze wracał.
Ale to nie było teraz ważne. Skupiłam się i wkrótce nad naszymi głowami pojawił się sporo większy ode mnie, złoty ptak. Oczy miał zwrócone ku mnie, czekał na rozkazy. Kiwnęłam tylko głową w stronę napastniczki, a on płynnym, pełnym gracji ruchem chwycił ją w swoje szpony i mimo szarpania się wadery ułożył na nieuszkodzonym boku. Nie przyciskał jej do ziemi, generalnie tylko nie pozwalał się wyrwać. Wstałam i otrzepałam sierść, po czym podeszłam do wilczycy i usiadłam tuż obok jej głowy.
- Nie szarp się, bo trucizna tylko szybciej rozejdzie się po twoim organizmie. - mruknęłam ze stoickim sposobem.
- Mam moc uzdrawiania. - warknęła, ale przestała się kręcić.
- Przy tej truciźnie na nic się nie zda. Nie ruszaj się. - rozkazałam i szybkim ruchem wyrwałam strzałę. Wadera pisnęła, a rana natychmiast się zamknęła. Wyjęłam z torby szmatkę i wytarłam porządnie pocisk z jej krwi i kępków sierści. - Na szczęście się nie uszkodziła. - mruknęłam bardziej do siebie niż do niej. - Jeśli obiecasz, że mnie nie zaatakujesz, wypuszczę cię. - wadera z wyraźną niechęcią mruknęła, że obiecuje. - Świetnie. - Kosogłos natychmiast zniknął wracając do pustego obręczy talizmanu. - Podejrzewam, że nieśpieszno ci umierać. Masz, wypij. Ja idę zjeść sarnę, której ie dopilnowałaś. - rzuciłam w jej stronę buteleczkę z antidotum, która poturlała się po ziemi uderzając wilczycę w nos. Wstała i otrzepała się podnosząc buteleczkę. Następnie rzekła:

<Rhean?>

Nowy wilk – Katniss!

Imię: Katniss (dla przyjaciół Cate <Kejt>, Cat <Kat> lub Nissa>
Wiek: 2 lata i 1 miesiąc
Rasa: Mockingjay Warrior - jedyny taki wilk żyjący na ziemi
Płeć: Wadera
Stanowisko: Wojownik
Moce:
  • Steps of Fire - przywołuje ogień, którego oparzeń nie można w żaden sposób wyleczyć, chyba że Katniss na to pozwoli. Przywołanie ognia nie wymaga praktycznie żadnego wysiłku, gorzej ze zdejmowaniem oparzeń.
  • Mockingjay' Ghost - zmienia talizman wadery w ogromnego, złotego Kosogłosa, zdolnego do miotania ogniem. Żeby zniknął, trzeba unieszkodliwić Cate, to jest np. ogłuszyć.
  • Bow Master - pozwala Nissie strzelać strzałami za pomocą siły woli. Może przemienić zwykłą strzałę w dowolną, np. płonącą czy zatrutą.
Cechy charakteru: Nieugięta, twarda, podejrzliwa, to cechy Katniss. Na pierwszy rzut oka bardziej przypomina szpiega niż wojownika, ale jej siła i szybkość może zdziwić. Jest zamknięta w sobie, lecz spragniona miłości. Wśród przyjaciół zwykle uśmiechnięta i życzliwa. Niektórzy mówią, że jest zbyt lojalna. Wyznaje zasadę "Jeśli chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam", dlatego stroni od innych wilków. Porywcza i nieufna.
Cechy szczególne: Ma skrzydła, wiec umie latać. Jest niezwykle wytrzymała, zwinna i szybka. Wyśmienity węch pozwala na zlokalizowanie oddalonej zwierzyny.
Partner: Szuka
Głos: Jennifer Lawrence
Ekwipunek

środa, 18 marca 2015

Od Ezry – Jak dołączyłem?

Przechadzałem się po lesie, zastanawiając się, co ze sobą zrobić… W pewnym momencie poczułem, że dosyć myślenia jak na jeden dzień. 
Rozciągnąłem się na trawie brzuchem do góry, a słońce ogrzewało mi futro. Dopadło mnie straszne lenistwo, miałem wrażenie, że mogę zostać w tym miejscu cały dzień. Kojący zapach dzikich traw i kwiatów szybko sprawił, że rozmarzyłem się, uciekłem do „swojego świata” i szybko usnąłem.
Obudziłem się chyba późnym popołudniem i leniwie się przeciągając rozejrzałem się po okolicy. Słońce już nie grzało, a niebo powoli ciemniało. Postanowiłem znaleźć nocleg, jakąś norę, z której wypędziłbym lisa, albo wygodne miejsce pod sosną, na miękkim igliwiu. Długimi susami biegłem przez łąkę, na której przespałem cały dzień. 
Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd zapach. Dosyć tajemniczy, dochodził ze wschodu, więc przez czystą ciekawość ruszyłem w tamtą stronę. Niebawem ujrzałem dziwną scenę, wilkopodobne stworzenie rozmawiało z dwoma wysokimi, wyglądającymi na ludzi, zakapturzonymi postaciami. 
Kira by Hioshiru
Nie mogli być to jednak ludzie, mówili w dziwnym, nieludzkim języku, zwierzę również się nim posługiwało. 
Szybko i bezszelestnie wskoczyłem w krzaki i obserwowałem całe zajście. Stworzenie było poirytowane i co jakiś czas klęło w tym dziwnym, nieznanym mi języku.
W pewnym momencie rozmowa została przerwana, a zwierzę wraz z dziwnymi osobnikami zaczęło podejrzliwie rozglądać się naokoło. Zorientowałem się, że już wiedzą, że ktoś ich obserwuje. Chciałem uciekać, ale potknąłem się o korzeń, który wyrósł jak spod ziemi i wpadłem wprost pod nogi dziwnego zwierzęcia. To chyba była samica, tak czy siak, położyła mi łapę na piersi, zmarszczyła brwi i rzekła melodyjnym głosem:
- Man elyë ná?!*
- A można po ludzku?- spytałem również marszcząc brwi.
- Li-hanya?!**
- CO?! Nie rozumiem, co gadasz!
- Och, to takie trudne?- westchnęła.- Jeśli nie rozumiesz po elficku, to po co nas podsłuchiwałeś?!
- Nie… nie wiem… Z czystej ciekawości…- przyznałem.
- Dziwny jesteś. A masz w ogóle jakieś imię?
- A co cię to interesuje?!- odparłem zaczepnie.
- Nic. Wobec tego będę się do ciebie zwracać Dziwaku.
- Dobra, chociaż nie wiem, czy jeszcze się spotkamy!- uśmiechnąłem się chytrze i wyślizgnąłem spod uścisku i pomknąłem prosto przed siebie.
- Na minda!- krzyknąłem. był to jedyny zwrot, jaki znałem po elficku. Oznaczał on „do widzenia”.
Nagle uderzyłem w drzewo i wylądowałem na ziemi. 
- Au!- podniosłem się z jękiem.
- Nic ci nie jest?- spytał głos, który najwyraźniej należał do jakiejś wadery.- Chyba uderzyłeś w drzewo, prawda?
- Nie. Tak po prostu walę głową w pień!- rzekłem ironicznie.
- Nie wiem, może i celowo, ale huk był duży.
Odwróciłem się i ujrzałem szaro-białą waderę, o kilku ogonach i rudych znakach na sierści.
- Jesteś niewidoma?- samo wyrwało mi się pytanie, chociaż wiedziałem, że to nieprzyzwoite.- Emm… sorry, nie chciałem zadać takiego pytania…
- Naprawdę nic nie szkodzi. Tak, jestem. Mam na imię Shy, a ty?
- Ezra. Czy mógłbym spytać, dlaczego tu jesteś?
- Proste, to tereny Watahy Krwawego Diamentu, a ja lubię przebywać właśnie tym miejscu.
- Tu jest wataha?!- ucieszyłem się.
- Tak, ale ty chyba nie jesteś szpiegiem?- spytała podejrzliwie.
- Nie, ale wilkiem, który poszukuje miejsca do życia.
- Zaprowadzę cię, chcesz?
- Tak, z przyjemnością za tobą podążę.- uśmiechnąłem się i podążyłem za nową znajomą.
-„Znowuż mi umknął!”- odezwał się rozeźlony głos w mojej głowie.
- I nigdy nie da się złapać!- odparłem.
- Do kogo mówisz?- spytała Shy.
- Do nikogo.- odparłem.
I tak oto, zostałem przyjęty do Watahy Krwawego Diamentu. Obrałem funkcję wyroczni i zamieszkałem w jednej z jaskiń. Dostałem niedużą, lecz przytulną jaskinię. Płynęło przez nią małe źródełko. Wyścieliłem sobie kamień, który został moim posłaniem i przez długi czas leżałem na nim wpatrując się w wejście do jaskini.
- Man arya.***- usłyszałem cichy głos. Odwróciłem się i okazało się, że należy on do stworzenia, które wcześniej spotkałem.
- Czego chcesz?- spytałem.- A poza tym jest wieczór, nie dzień.
- Nie czepiaj się.- odparła.- Mam na imię Ennorath. Wybrałam cię, jako swojego podopiecznego. Od dzisiaj będę ci pomagać w trudnych chwilach. Ale pamiętaj nikomu nie możesz o mnie powiedzieć, Ezro.
- Skąd wiesz jak się nazywam?- spytałem.
- Słyszałam, jak rozmawiałeś z Shy.- odrzekła. 
- Aha.
- I podszlifuj swój elficki, bo jesteś kiepski. 
I zniknęła.
Następnego ranka znów spotkałem się z Shy.
- Cześć!- przywitałem się.
- Witaj, właśnie wybierałam się na polowanie. Pójdziesz ze mną?
- Spoko.
______________________________________________________________
*W języku Elfów Wysokiego Rodu- „kto ty jesteś?”
**W języku elfów- „nie rozumiesz?”
***W języku elfów- „dzień dobry”

<Shy?>

Od Rhean

Przystanęłam i popatrzyłam się na wysokie drzewa obrośnięte miękkim mchem. Korony z liśćmi rzucały na mnie cień, więc dotąd biegło mi się przyjemnie. Choć już od kilkunastu dni wędrowałam po za terenami mojej dawnej watahy, nadal nie mogłam się nadziwić ile wokół mnie jest zieleni. Tam zawsze i wszędzie był śnieg - tylko przez krótki okres spod pokrywy puchu wyłaniała się trawa. Biel była wręcz dołująca. Tutaj zaś wszystko wydawało się pełne życia.
W powietrzu unosiło się wiele zapachów - czułam słodką woń kwiatów, poranną rosę na trawie, wilgotną ziemię, wiele zwierząt, między innymi jelenie, wiewiórki i dziki. Trudno było mi cokolwiek zapamiętać, ponieważ wszystko mnie interesowało. Opuściłam swoją rodzinę w młodym wieku, więc mało wiedziałam o świecie. Przymknęłam oczy i wsłuchałam się w las. Stukot dzięcioła, szczebiotanie skowronków, szum wiatru, popluskiwanie strumyka... nie to mnie interesowało. Byłam głodna i potrzebowałam śniadania.
Nagle wyczułam trop. Nastawiłam uszy i rozszerzyłam chrapy - sarna. Ruszyłam cichym truchtem uważnie stawiając łapy na ziemi. Zauważyłam, że z czasem, gdy zbliżam się do zwierzęcia, szum wody jest coraz głośniejszy. W końcu sarnę oddzielał ode mnie jedynie gęsty krzak. Zwierzę stało przy małej rzeczce, co tłumaczyło ten hałas. Przykucnęłam uważnie obserwując swoją ofiarę i... wyskoczyłam! Wylądowałam na grzbiecie sarny i wgryzłam się w kark. Zwierzę rzucało się na wszystkie strony, a ja nie miałam siły, by się utrzymać i spadłam.
Sarna popędziła w głąb lasu, ale ja nie chciałam odpuścić. Zerwałam się i pobiegłam za nią. Omijałam drzewa i przeskakiwałam po niektóre dołki. Nabrałam dużej prędkości i po chwili znalazłam się tuż za ofiarą. Brakowało mi już tylko dwóch kroków, ale nagle coś mignęło mi przed oczami i runęło na mnie z wielkim impetem. Z rozpędu wyleciałam w powietrze i przeturlałam się kilka metrów do przodu. Poczułam przeszywający ból w plecach. Zacisnęłam zęby i otworzyłam szeroko oczy z zaskoczenia. Nie miałam czasu, by się zastanowić, co mnie zaatakowało. Musiałam chwilę poleżeć, zanim znów podniosłam się na nogi. Rozejrzałam się na boki, ale nikogo nie zauważyłam. Obejrzałam siebie dokładnie. W swoim boku znalazłam wbity krótki badyl. Rana piekielnie bolała, a po nodze spływała mi stróżka krwi. Musiałam go wyjąć zanim mój organizm zaczął się regenerować z przyspieszeniem. Już zbierałam się do usunięcia patyka z mojego ciała, gdy usłyszałam przeciągły jęk dobiegający zza moich pleców. Odruchowo odwróciłam się gwałtownie i przybiłam istotę do ziemi swoim ciężarem przykładając do gardła pazury. Zdziwiłam się, gdy przed sobą zobaczyłam wilka.
<Ktokolwiek?>

Od Shogain'a CD. Shy

Popatrzyłem na nią bawiąc się jednocześnie kością daniela. Imponujące. Nie dość, że wadera, to cóż... Chcąc nie chcąc jeszcze niewidoma. Mimo wszystko dawno już nie spotkałem tak zwinnej i silnej wadery. Widać było, że brak wzroku zupełnie jej nie przeszkadzał. Lubiłem spędzać z nią czas, nawet bardzo... Tak jakby rozumiała moje problemy i była w stanie zapanować nad moją mocą. Niespotykane. Chyba zaczynałem czuć do niej coś więcej niż tylko przyjaźń. Z drugiej strony nie chciałem zniszczyć naszych dotychczasowych relacji. Była w końcu jedynym wilkiem, który na mój widok nie uciekł z wyciem lub nie zaatakował.
- Wiesz Shy... Nie wszyscy mają to szczęście wysypiania się w nocy. - uśmiechnąłem się nieśmiało.
- Słucham? - mruknęła, oblizując pysk po posiłku.
- No wiesz... Nie mogłem w nocy spać i z ciekawości poszedłem zobaczyć jaskinie. Część była zbyt wilgotna, część za duża, a jeszcze inne się kruszyły. Dokonałem dokładnych oględzin i cóż... Znalazłem. - poszerzyłem uśmiech, ukazując białe kły.
- Och, to wspaniale! Problem z głowy. Szczerze mówiąc nie myślałam, że zechcesz zamieszkać w watasze.
- Ja też. Ale jedna wspaniała i nie ukrywam piękna sąsiadka mnie przekonała. - miałem wrażenie, że słysząc te słowa nieco spochmurniała. Tym lepiej.
- Co to za sąsiadka? - spytała, niby z ciekawości. - Gdzie masz jaskinię? Pokaż mi.
- Jak chcesz. Ruszajmy. - podniosłem swój leniwy i niewyspany tyłek z ziemi i przepuściłem waderę w przejściu. Zaczekała aż wyjdę i ruszyliśmy ramię w ramię. Chyba myślała, że będziemy szli dużo dużej, bo musiałem wołać, żeby się zatrzymała. Co jak co, ale moja jaskinia była dokładnie 20 kroków od jej. Nieduża, ale przytulna, sucha i dyskretna. Trudno było dostrzec jej wejście, bo skrywało się nieco za skalną półką.
- Shy! Jesteśmy. - uśmiechnąłem się szeroko. - Jak się czujesz w roli wspaniałej sąsiadki?

<Shy?>