wtorek, 9 lutego 2016

Od Dragonixy CD. Crystal

- Dla mnie bardzo - śmiałam się dalej, chociaż już się uspokajałam. - Dobrze się spało chociaż?
- Jakoś tak... Szybko mi się usnęło - przyznała wilczyca z uśmiechem. - Teraz muszę po coś wrócić... Poczekasz tu chwilkę?
- No pewnie - usiadłam i zaczęłam grzebać pazurem w ziemi, żeby na ten czas zabić nudę.
Crystal pobiegła w las, a mnie tknęło troszkę na wspomnienia... Zaczęłam więc rysować portret pewnego Grega... mojego zmarłego ukochanego. Już zapomniałam trochę jego rys po tylu latach, wyglądał na pewno mniej męsko niż wyszło to na rysunku i zdecydowanie bardziej szczeniacko (w końcu ostatnio jak go widziałam mieliśmy może nieco ponad rok). Jednak wciąż przyprawiało mnie to o uśmiech na pysku i krwawą łezkę w oku... Wciąż go jednak kochałam.
[rysunek wykonany przeze mnie, moje prawka autorskie xD]
W trakcie mojej zadumy przybyła z powrotem Crystal i zerknęła mi przez ramię na to, co właśnie ukończyłam.
- Kto to jest? Śliczny rysunek - pochwaliła mnie.
Zarumieniłam się i zaśmiałam lekko skrępowana, ocierając krew z oka.
- Dziękuję, to... To Greg. Właściwie Gergoden...
- Pierwsze słyszę o takim wilku...
- Nic dziwnego - uśmiechnęłam się smętnie. - Nie żyje od prawie czterech lat...
Wilczyca spojrzała na mnie ze zrozumieniem.
- Zapewne musiało być to dla ciebie trudne... - mruknęła wpatrzona w portret.
- Było... Nawet bardzo - przyznałam. - W końcu gdyby nie mój śmiertelny wróg, nie doszłoby do tego...
- Kim był twój wróg? - spytała mnie zaciekawiona.
- Na pewno chcesz wiedzieć...? To długa historia...
- Skoro i tak nie ma co robić... Mamy na to cały dzień. Przejdziemy się przy okazji?
- Czemu nie - uśmiechnęłam się i ruszyłyśmy powoli z miejsca w stronę wodopoju. Westchnęłam i zaczęłam opowiadać. - Moim wrogiem był pewien Throgall. Nigdy nie zapomnę jego obrzydliwego pyska... Z tego co pamiętam, był cały czarny z wyjątkiem zielonych błon w skrzydłach. Jego ślepia wyglądały tak, jakby płonęły zielonym ogniem... Pierwszy raz zetknęłam się z nim kiedy pokłóciłam się z moimi rodzicami i odbiegłam od nich wgłąb lasu żeby odsapnąć. Zaproponował mi, jako kilkumiesięcznemu szczeniakowi, żebym stała się zła, na złość rodzinie. Stwierdziłam, że to świetny pomysł... ale wcale taki świetny nie był - przerwałam na chwilę, żeby poukładać w głowie fakty. - Wyobraź sobie, że kiedyś wyglądałam trochę inaczej. Nie miałam czerwonego pasemka na grzywce, a co najlepsze, moje skrzydła były pierzaste!
- Naprawdę? - zdziwiła się Crystal. - Jak to możliwe, że teraz są jak u nietoperza?
- Właśnie do tego zmierzam... Razem z przyjęciem jego czarnej magii, moje skrzydła przybrały taką, a nie inną postać. Throgall wykorzystał krew moich rodziców, żeby dokonać tego krótkiego, aczkolwiek bolesnego i straszliwego rytuału... Pamiętam do tej pory to uczucie, jakby coś miażdżyło mi skrzydła, a spod skóry wystrzeliwały nowe palce, które złączyły się błonami... To było okropne! - potrząsnęłam łbem i posmutniałam. - Potem nazwał mnie morderczynią... Obwinił mnie o zabójstwo własnych rodzicieli... Przeklęty drań! Przez niego niemal pół życia wmawiałam sobie, że ich zamordowałam... Kiedy na własne oczy zobaczyłam ich martwe ciała, uciekłam z lasu i natknęłam się właśnie na Grega - uśmiechnęłam się na myśl o nim i jak się mną przejął, gdy zobaczył mnie taką zapłakaną... - Z Gregiem przeżyłam wiele wspaniałych chwil, choć nie był wcale magicznym wilkiem i mimo że to było zaledwie kilka miesięcy... Na początku się przyjaźniliśmy, potem wyznał mi miłość, byliśmy parą... Aż nie spotkałam znowu tego gnoja. Zaproponował mi większą dawkę czarnej mocy, ale nie dałam się tym razem i rzuciłam się na niego. Potem w walkę wkręcił się Greg, lecz nie skończyło się to dla niego dobrze... - przemilczałam chwilę. Gardło mi się ścisnęło i potrzebowałam chwili oddechu... Jednak dalej kontynuowałam. - Te sekundy przeniknęły mi przed nosem tak prędko, chociaż do tej pory pamiętam to, jakby to wszystko puszczono mi wiele razy w zwolnionym tempie... Throgall rzucił Gergodenem potężnie o drzewo... Usłyszałam dźwięk łamanych żeber, zobaczyłam jak wypluł krew z pyska... Naskoczyłam na tego drania i... równie potężnie rzucił mną o niego... - krew spłynęła mi po policzku. Trochę skapnęło też z moich skrzydeł. Crystal zdała się patrzeć na mnie ze współczuciem i lekką obawą o tą moją ciekawą cechę, że gdy płaczę to cała krwawię, lecz wiedziałam, że mi to szczególnie nie szkodzi, dlatego opowiadałam dalej. - Leżałam jeszcze chwilę, gdy... on podszedł do mnie... i znowu nazwał mnie morderczynią... Wtedy wstałam i zauważyłam... że on... nie żyje - i rozpłakałam się na dobre.
Nawet nie zauważyłyśmy kiedy znalazłyśmy się aż przy wodospadach, nieopodal górskiej zatoki. Traciłam pełno krwi, która spływała z moich skrzydeł, grzbietu, łap, ogona, z uszu, z oczu... Ze wszystkich czerwonych elementów mojej maści. Wilczyca nawet nie specjalnie chciała mnie obejmować, jako że nieprzyjemnie by było całej oblepić się w szkarłacie... Doskonale to rozumiałam. Przywykłam już do tego...
- Draga... Co ci się dzieje? - spytała zaniepokojona.
- Po prostu... płaczę... - odparłam. - To nic takiego... Już tak mam...
- Naprawdę nieciekawą miałaś przeszłość... - przyznała mi. - Może obmyj się trochę w wodospadzie?
- Dobry pomysł...
Kiedy się trochę oczyściłam, zdałam sobie sprawę jak wycieńczona jestem. Otrzepałam się trochę i ułożyłam na skale. Crystal przysiadła obok mnie.
- W sumie... Jak wyglądała twoja przeszłość? Ja swoją mogłabym wiecznie rozpamiętywać - zaśmiałam się smętnie.

(Crysia? Mnie złapał syndrom ADHWena xD)

Od Diuka CD. Dragonixy

Dobrze pamiętam tamten dzień. Lato kończyło się i powoli ustępowało miejsca jesieni. Drzewa nabierały kolorów, przebarwiając zmęczoną zieleń liści na wszelkie odcienie czerwieni i złotego. Dni zaczynały się robić chłodniejsze, ale nadal było przyjemnie. Pamiętam ten widok, kiedy pierwszy raz spojrzałem na rozciągające się przede mną tereny. Słońce odbijało się w jeziorach, nagrzewało łąki i polany. W około gęste lasy pełne zwierzyny. W oddali bezkres morza. Tamtego dnia, nie spodziewałem się, że to właśnie TEN dzień. Jeden z tych niezwykłych dni, które potrafią zmienić całe życie.
Pamiętam moje spotkanie z Alfą, stres jaki wtedy odczuwałem i ulgę, kiedy zostałem przyjęty. Pamiętam pierwszego napotkanego tu zwykłego wilka. Rozmowy jakie tu prowadziłem. Wzloty i upadki jakie przeżywałem. To Luna była pierwszą która mnie tu przywitała. I szczerze... Dragonixa troche mi ją przypomina. Ta sama radość w oczach, ten sam zapał do zabawy, ta sama szczenięca chęć życia. Luna też chyba nie miała łatwego startu na świecie. Nie jestem pewien... Głupi mózgu, skup się i zacznij w końcu rejestrować to co się w okół ciebie dzieje. Zawsze o czymś zapominam. Dziwne, pamiętam jej oczy, jej śmiech, a nie pamiętam już głosu. To już chyba... pół roku odkąd tu przybyłem i odkąd ją poznałem.
- Więc... - zacząłem mówić, zdając sobie sprawę z tego, że zawiesiłem się tak już na dobre kilka minut. Wnioskuję po minie Dragonixy. Wydawała się być trochę zaniepokojona tym moim nagłym milczeniem. Uśmiechnąłem sie lekko, żeby pokazać, że wszystko jest w porządku. Chciałem uśmiechnąć się szczerzej, ale wciąż krążyła mi gdzieś po głowie jej tragiczna historia. Ciężko tak po prostu przeskoczyć taki temat. - Jestem tutaj już od prawie pół roku. Doszedłem do tych terenów właściwie przypadkiem. - wadera wydawała się być nieusatysfakcjonowana moją odpowiedzią. - Reszta mojej historii jest dość długa i nudna. - dodałem szybko. 
Wilczyca przyszła bliżej mnie i usiadła wygodnie uśmiechając się.
- Uwielbiam takie historie. - powiedziała wesoło. - No opowiadaj. 
Wziąłem głęboki oddech. No dobra, skoro tego chcesz. 
- Przyszedłem na świat daleko stąd, tam gdzie rozciągają się bezkresne sawanny. Morza traw z stadami antylop i zebr. Kiedy miałem ponad rok nastała susza i zaczęło brakować wody. Młode wilki musiały odejść, żeby zwiększyć szanse szczeniąt na przetrwanie. No i wyruszyłem w nieznane. Od zawsze ciągnęło mnie w świat. To była w sumie idealna okazja, żeby poznać to co za granicami watahy. Blisko po kolejnym roku wędrówki dotarłem tutaj. Zostałem przyjęty do stada i zostałem. Dopiero tu poczułem się znowu jak w domu. 
No i proszę. Całe mojej życie w pigułce. Wszystko wydaje się takie proste i przyjemne. Ech.. gdyby jeszcze tylko było takie bez zmartwień na prawdę.
Z drzewa nade mną zsunął się śnieg i spadł mi na głowę. Zaskoczony zawyłem i odskoczyłem w tył. Wilczyca wybuchnęła śmiechem. Nie mogłem tak tego zostawić. Podniosłem łapą trochę śniegu i rzuciłem go Dragnixie prosto w pyszczek. Nie spodziewała się tego ataku. Teraz i ona miała całą głowę w śniegu. Zacząłem się szczerze śmiać. Wadera spróbowała się zemścić, ale ja zrobiłem unik. Oczywiście nie taki idealny. Poślizgnąłem się na kawałku lodu i wylądowałem w zaspie. Kiedy się z niej wynurzyłem Draxa prawie płakała ze śmiechu.
- Niech ja cię tylko dorwę to... - kolejna warstwa śniegu zsunęła mi się z drzewa na głowę. Wilczyca zaczęła się tarzać ze śmiechu.
- I tak byś mnie nie dogonił. - powiedziałem przez śmiech i pomogła mi się odkopać. Po chwili jej małej akcji ratowniczej mogłem swobodnie wyskoczyć z zaspy i otrzepać się z białego puchu. 

< Dragnixa? >

poniedziałek, 8 lutego 2016

Od Rosallie CD. Księżnej

Podeszłam gwałtownie to wadery siedzącej w kałuży błota ze skuloną głową.
- Wszystko okej? nic ci się nie stało? zapytałam zmartwiona, możliwe że skręciła sobie łapę, lub coś w tym rodzaju, jednak tylko pokręciła przecząco głową.
- Po prostu mam już dość, ktokolwiek wywołał ten pożar, będzie miał niemałe kłopoty jeśli go spotkam. Mogłam wyczuć jak złość w niej rośnie, jak jej oczy zmieniają kolor na coraz intensywniejszą czerwień.
Stałam kilka chwil obok zezłoszczonej wadery, słuchając jak wiatr cicho wieje i sprawia że jest nam zimniej a deszcz tylko powoduje że obie stajemy się transportem wody, gdyby jakieś roślinki były spragnione.
Obie miałyśmy mokre futra, oprócz tego że było mi ciężko się poruszać to na dodatek nie wyglądało to zbyt ładnie, zwłaszcza u mnie, na moim jasnym futrze doskonale było widać skazy i brud który osiadł podczas biegu.
Drobinki błota, ziemi i innych przedmiotów wplątały mi się w sierść , właśnie teraz próbowałam pozbyć się największych śmieci,usiłując je wyciągnąć zębami, z marnym skutkiem.
- Chodź, nie ma co siedzieć bezczynnie, mimo że pada, trzeba iść. Nagle powiedziała Księżna i obejrzała się za siebie, prawdopodobnie wyglądając czegoś.
Zaczęła iść na przód a za chwilę także i ja do niej dołączyłam.
Szłyśmy dobry kawał w ciszy, nie biegłyśmy już, z resztą której z nas chciałoby się biec w takim stanie? Deszcz nadal spadał z nieba, lecz nie tak obficie jak wcześniej.
Mijałyśmy drzewa i krzewy, a z drugiej strony ciągle towarzyszyła nam rzeka, której lodowa tafla zdążyła się rozpuścić i woda swobodnie płynęła naprzód.
Męczyła mnie już trochę ta cisza, lubię gadać i zazwyczaj nie lubię siedzieć cicho, mogłabym gadać o bzdurach, byleby otworzyć pysk. 
- Jak myślisz, co lub kto mógł wywołać ten pożar? Masz może kogoś podejrzanego? Spojrzałam w stronę Księżnej, która bacznie przyglądała się czemuś po drugiej stronie rzeki.
Sama także próbowałam wpatrywać się w stronę w którą patrzyła wadera, jednak nie byłam w stanie nic zauważyć.

<Księżna? wybacz za taki brak weny :(>

Od Crystal CD. Dragonixy

Po odejściu Sachmet, uśmiechnęłam się do Dragonixy.
- Dzięki za pomoc
- Nie ma za co- odwzajemniła uśmiech. Znowu nastąpiła chwila ciszy.
- Jesteś zmęczona? – zapytałam się, widząc że wadera z trudem powstrzymuje ziewanie.
- Może troszkę…
- To idź się prześpij. Jaskinie są w tamtą stronę – odparłam, pokazując kierunek. Widząc minę wadery, mruknęłam dodatkowo – Nie chce się ciebie pozbyć, ale także nie chcę ciebie zatrzymywać przy sobie. A poza tym sama jestem zmęczona.
- A ty nie idziesz? – zapytała spoglądając w niebo. Było późne popołudnie. Zaraz zacznie zachodzić słońce. 
- Mam jaskinię, ale nienawidzę w niej sypiać. Idź sama.
Uśmiechnęłam się na pożegnanie i wskoczyłam na drzewo. Wadera chwilę stała, mruknęła „ Jutro znowu się zobaczymy” i odeszła. Machnęłam za nią ogonem i odwróciłam się na plecy by widzieć niebo. Tak leżałam, obserwowałam najpierw zachód słońca, następnie gwiazdy i księżyc. Czasami słyszałam zaniepokojone pohukiwanie sowy i cykanie świerszczy. Nie wiadomo kiedy powieki same mi się zamknęły…

* * *

Obudziły mnie ciepłe promyki słońca i wycie innych wilków. Odruchowo wstałam, waląc głową w powyższą gałąź. Syknęłam z bólu, zeskakując z gałęzi i pocierając głowę ruszyłam przed siebie. Kierowałam się w stronę jaskiń, zapomniałam czegoś. Zamyśliłam się i tuż przed celem wyprawy, z impetem wleciałam w drzewo. No nie… jedno rąbnięcie nie wystarcza? Czy mam sprawić by te cholerne drzewa pousychały?! Nagle usłyszałam znajomy chichot. Dragonixa patrzyła się na mnie i dosłownie turlała ze śmiechu.
- Bardzo śmieszne, naprawdę bardzo śmieszne - mruknęła.

< Dragonixa? Wirus „Bracus Wenus” atakuje xD >

Od Naho CD. Demon

-Chyba tak- odpowiedziałam trochę niepewnie. Nie wiedziałam czy spytała dlatego, że chciałaby przyjaźni, czy dlatego, że nie i wolała się dowiedzieć co ja o tym myślę.
-Zresztą nieważne- dodałam szybko trochę zestresowana. 
-Jak uważasz- druga wadera wymamrotała pod nosem. 
Lubiłam ją... nawet bardzo, lecz nie byłam pewna czy ona mnie też. Wolałam uniknąć niezręcznej sytuacji.
-To jaki masz pomysł na spędzenie tego wieczora?- spytałam po chwili.

< Demon? Znam to uczucie xD>

Od Diuka CD. Księżnej

Jeszcze jedną historię? Jaką? Za nic nie mogłem sobie przypomnieć o co może jej chodzić. Rozmawialiśmy już chyba o wszystkim. Niewiem no. Po prostu miałem pustkę w głowie. 
- Jaką historię? - zapytałem. 
- Mówiłeś, że miałeś trzy miłości, czy tam wybranki serca.
- No mówiłem. I...? - nadal nie zupełnie wiedziałem o co chodzi.
- I... Opowiedziałeś tylko o dwóch. 
No tak... Muszę rozważniej dobierać przy niej słowa. Myślałem, że pominiemy ten temat. Ech... Czemu ja nie mogę mieć takiej dobrej pamięci? Zawsze wszystko zapominam. A one co?! Kobiety, pamiętają po prostu wszystko! Żaden szczegół im nie umknie.
W każdym razie, została TA historia. Nie lubię o tym myśleć, a co dopiero mówić. Wiem, wyolbrzymiam całą sprawę, ale nic na to nie poradzę. To naprawdę zostawiło u mnie bliznę. Ale ona opowiedziała swoją historię, więc teraz czas na moją.
- Parę miesięcy temu... poznałem kogoś. Pozwól, że nie powiem jej imienia. Nie byliśmy razem, ale... była dla mnie kimś wyjątkowym. Jedyną osobą jaka mnie tu ciepło powitała... - czułem jak głos zaczyna mi się łamać. - Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Tak dobrze się razem dogadywaliśmy... - Uśmiechnąłem się lekko, mimo zbierających się w kącikach oczu łez. - Była naprawdę piękna. Miała takie... cudownie oczy... pełne radości i... ciepła... - z trudem wyduszałem z siebie kolejne słowa. Miałem wrażenie jakby gardło zaciskało mi się i nie chciało za wszelką cenę wpuścić choćbym sylaby więcej.
Nadal stałem kilka kroków za Księżną. Dobrze, że nie podszedłem wcześniej. Teraz nie byłem w stanie się poruszyć, a nie chciałem, żeby oglądała mnie w takim stanie. Nie chciałem, żeby mnie takiego zapamiętała. Starałem się wyrównać oddech, uspokoić szalejącą burzę myśli, która rozpętała się w mojej głowie. 
- Co się z nią stało? - zapytała łagodnie wilczyca.
Wziąłem głęboki oddech. Przełknąłem ślinę i zacisnąłem powieki, żeby nie wypuścić łez.
- Odeszła. Po prostu, zniknęła. Ja... - kolejny głęboki oddech. W myślach cały czas starałem się uspokoić. - Ja nie wiem... co się stało. Nie mam pojęcia. Po prostu... zniknęła... 
Głos mi się załamał. Czułem, że nie utrzymam dłużej łez. Łapy trzęsły mi się od emocji. Musiałem chwilę ochłonąć. Rozejrzałem się.
- Może... przejdziemy się... kawałek... ? - zapytałem cicho.
- Oczywiście. - powiedziała spokojnym głosem Księżna. 
Ruszyliśmy w górę rzeki. Podobnie jak wtedy, kiedy prowadziła mnie do rzeki lawy. Kilkadziesiąt metrów za wodospadem przeszliśmy przez bród i ruszyliśmy dalej. Zbocza gór robiły się coraz bardziej strome. Marsz powoli uspokajał moje emocje. Po jakimś czasie wyszliśmy przy niewielkim górskim jeziorku. Nigdy jeszcze nie byłem po tej jego stronie, ale nie zatrzymywałem się. Doszliśmy do wielkiej skały po której spływały zamarznięte wodospady. U podnóża tej góry był niewielki, kamienny budynek z kolumnami, a obok niego łyse drzewko. Przystanąłem i zaczekałem, aż dołączy do mnie Księżna.
- Myślisz, że to drzewo to wiśnia? - zapytałem już prawie spokojnym głosem. - Lubie wiśnie. Mają bardzo ładne kwiaty. 
Temat trochę bez sensu, ale naprawdę byłem ciekawy, co to za drzewko. Jeszcze nigdy tak na prawdę nie widziałem wiśni. Widziałem tylko jaj kwiaty spuszczane w gół rzeki podczas jednego ze świąt. To był zwyczaj jednej z watah, które mijałem po drodze. Dziwny, ale piękny. Wyglądały magicznie.

< Księżno? Przepraszam, chwilę mi to zajęło •-• >

środa, 3 lutego 2016

Od Księżnej CD. Rosallie

Ominęłam kłodę, która niespodziewanie pojawiła się na naszej drodze. Jednak lądując po nagłym skoku na bok źle stanęłam na łapę. Wpierw chciałam utrzymać pierwotne tempo, jednak uznałam, że rozsądniej byłoby zwolnić i sprawdzić, czy aby na pewno nic mi nie jest, co też uczyniłam. Chwilę później obok mnie pojawiła się Rosallie.
- Wszystko okej? – zapytała. Kiwnęłam głową, stwierdziwszy, że nic mi nie dolega. Przyśpieszyłam. Biegłam chwilę, rozglądając się na boki i usiłując znaleźć miejsce, gdzie byłybyśmy bezpieczne.
- Jeszcze kawałek, gdzieś tu musi być pewne schronienie – krzyknęłam, chcąc dodać Rosallie otuchy. Oglądając uważnie teren, spojrzałam do góry – na niebie pojawiły się szare, zwiastujące opady chmury. Miałam nadzieję, że niedługo zacznie padać śnieg, deszcz czy grad, cokolwiek, co pomogłoby nam w ucieczce przed płomieniami. Około minuty później poczułam pierwsze krople deszczu.
- Zaraz lunie jak z cebra, musimy przyspieszyć – powiedziałam i wymusiłam od łap szybsze tempo. Ta, właśnie, co ja bredzę? Uciekamy przed ogniem, a musimy przyśpieszyć, bo zacznie padać? I co takiego by się stało, deszcz ugasiłby pożar a my byłybyśmy trochę brudne i mokre? Czekajcie… Lunie jak z cebra, w zimie? Kurczę, tam na górze musi być niezła pogoda – cieplutko, bez śniegu. Jakkolwiek by nie było, to wszystko jest podejrzane. Matka Natura płata nam figla czy jak? A może ktoś majstruje przy pogodzie? Wracając do obecnej sytuacji – po chwili spore opady deszczu przygasiły nieco ogień, co dało nam chwilę wytchnienia. Zwolniłyśmy nieco biegu. Obejrzałam się za siebie – płomienie jakby cofały się przed falami zimnej wody, a spalony las odzyskiwał za sprawą jakiejś magicznej mocy życie. Ten widok napełnił mnie nową energią. Popatrzyłam znów przed siebie i przyśpieszyłam tak bardzo, że Rosallie nie mogła na mną nadążyć. Zatrzymałam się dopiero wtedy, gdy dotarłam nad wpadającą do wodopoju rzekę. Ogień został daleko w tyle, o ile jeszcze nie ugasił go deszcz, a znajoma mi różowa wadera po kilkunastu sekundach pojawiła się obok mnie, ciężko dysząc. Kiedy nasze oddechy uspokoiły się już trochę, zapytała:
- Kto mógł podpalić las? 
- Nie mam pojęcia. W każdym bądź razie, chciał usunąć albo mnie, albo ciebie, albo nas obie. A teraz w drogę, musimy dostać się na drugą stronę – wskazałam łapą rzekę. Rosallie mina nieco zrzedła, w końcu prawdopodobnie tak samo jak ja była zmęczona biegiem i nie miała ochoty na dalszą wędrówkę. Ale chociaż i mi się to nie podobało, dobrze wiedziałam, że jeszcze nie jesteśmy bezpieczne. Ktokolwiek stał za pożarem, raczej nie spocznie od razu. Ruszyłyśmy wzdłuż rzeki, idąc razem z jej nurtem. Padający nieprzerwanie deszcz zmoczył nam futra, które przesiąknięte wodą stanowiły dodatkowe obciążenie. Szkoda tylko, że… Potknęłam się o wystający kamień i wylądowałam w błotnistej kałuży. Właśnie o tym chciałam wspomnieć. Po prostu tylko tego mi brakowało – błotnej maseczki. Usiadłam zrezygnowana pośrodku tego jakże olbrzymiego zbiornika brudnowodnego i czekałam na reakcję towarzyszki.

<Rosallie?>

Od Demon CD. Naho

- Czy Atma umie przybrać postać jaką tylko chce? - zapytałam. 
- Na to wygląda. - odpowiedziała mi Naho. - A czemu pytasz? 
-Bo w postaci tego basiora wygląda całkiem nie źle! - zażartowałam i zaczęłam chlapać w nią wodą. Śmiałyśmy się i chichotałyśmy. Usiadłyśmy na brzegu i zaczęłyśmy plotkować i rozmawiać o różnych sprawach. Czułam jakbyśmy się znały od dawna. Wkrótce słońce zaczęło zachodzić. 
- Naho? - zaczęłam niepewnie 
- Hę?
- Jesteśmy już przyjaciółkami? 

< Naho? Wena nie dopisuje ;-; >

Od Ghost

Szłam jak zwykle zaopatrzyć się w jedzenie na dłuższy czas. Co poczułam? Zapach innego wilka. Poszłam więc w stronę zapachu i trafiłam nad jeziorko. Tam zauważyłam wilka, o dość zwyczajnym ubarwieniu. Normalnie dałabym mu spokój, ale dzisiaj wyjątkowo mi się nudziło. Podeszłam do wilczycy, gdyż była ona dziewczyną, i przywitałam się " przyjaźnie " :
- Cześć, koleżanko. - wilczyca odwróciła się zaskoczona. 
- Koleżanko? - zapytała - Ty poznałaś to, że jestem waderą?
- No tak … - zawahałam się. - Mam na imię Ghost, a ty? 
- Sachmet - odparła 

< Sachmet? >

Od Dragonixy CD. Diuka

Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się mimo wszystko rozbawiona.
- To prawda, niedawno dołączyłam - odpowiedziałam. - Miło mi cię poznać, Diuk!
- Mi ciebie również - usiadł przy mnie. - Jak ci się tu podoba? Poznałaś już kogoś?
- Tylko Crystal - mruknęłam. - Inne wilki chyba mało interesują się nowymi przybyszami...
- Ależ skąd! - zaprotestował. - Zazwyczaj witamy się niemal od razu... Musiałaś mieć wyjątkowe nieszczęście do tego!
- Najwyraźniej - zaśmiałam się zakłopotana i spojrzałam na niego. Był miły... i kogoś mi przypominał. Kogoś bardzo mi bliskiego...
Powstała chwila ciszy. Nie to, że nie chciałam z nim rozmawiać... Zwyczajnie nie wiedziałam o czym! Dwa lata wilczego pyska nie widziałam poza swoim w wodnym odbiciu, zapomniałam w jaki sposób kiedyś nawiązywałam kontakty, a szło mi bardzo łatwo... Nagle poczułam delikatne dźgnięcie pazurem między żebrami, co wywołało u mnie gwałtowną i niekontrolowaną reakcję. Pisnęłam zaskoczona.
- Weź, to łaskocze! - zaśmiałam się.
- O to chodzi! - uśmiechnął się do mnie chytrze i zasypał mnie falą łaskotek.
Machałam łapami na wszystkie strony zarazem piszcząc, tarzając się po ziemi jak i śmiejąc z tego powodu, a on dalej mi dokuczał. Wreszcie cudem wymknęłam mu się i oparłam przednie łapy na łokciach, gotowa do zabawy. On również to zrobił i roześmiani zaczęliśmy się bawić w berka łaskotanego.
- Kto przegra będzie łaskotkowym niewolnikiem! - zarzuciłam.
Długo się bawiliśmy, aż w końcu on pierwszy opadł z sił i przybiłam go do ziemi jak ten leżał na plecach.
- Ktoś tu stał się moim niewolnikiem - spojrzałam na niego tryumfalnie.
- Oooo nie! Tylko nie to! - z udawanym strachem podniósł łapy do góry, a ja wykorzystałam to jako pierwszą okazję to łaskotkowej zemsty.
Kiedy już miał dość, zasiedliśmy do wodopoju i napiliśmy się wody. Potem znowu przystąpiliśmy do rozmowy, już bardziej rozluźnieni.
- Dawno tak się nie wybawiłam! Chyba ostatni raz za szczeniaka! - zaśmiałam się.
- Naprawdę? A co, nigdy potem się nie bawiłaś? - zdziwił się.
- Bawiłam się - spojrzałam w niebo. - Kiedyś, kiedy byłam już podrostkiem i miałam pewnego przyjaciela... Właściwie kochanka. Dzień w dzień, odkąd go poznałam po tym, jak uciekłam ze swego rodzinnego lasu, kiedy mieliśmy zaledwie po parę miesięcy... ciągle wesoło spędzaliśmy czas.
- Dlaczego właściwie już z nim nie jesteś? Pokłóciliście się? - spytał.
Przymknęłam oczy, dalej kierując pysk ku niebu. Powoli spuściłam głowę i spojrzałam w taflę wody. Lśniła mocno od popołudniowego słońca, a zbliżał się jego zachód. Westchnęłam i wreszcie zabrałam siły na odpowiedź.
- Został zabity. Na moich oczach.
Diuk odwrócił się gwałtownie w moją stronę ze spojrzeniem pełnym szoku i współczucia.
- Tak mi przykro!... - zatroskał się. - Kto mógł wam to zrobić?
- Pewien bydlak, który mi zniszczył sporą część życia... - mruknęłam nieznacznie. - Od dłuższego czasu go nie widziałam, co mnie bardzo niepokoi. Po prostu zniknął od czasu wielkiej bitwy watahy, w której byłam, z jego armią nieumarłych.
Wilk najwyraźniej był zakłopotany i nie wiedział co na to powiedzieć. Chyba moja historia nikomu nie służy...
- Długo jesteś w tej watasze? - zmieniłam temat i uśmiechnęłam się pokrzepiająco. - Jak tu właściwie trafiłeś?

<Diuk?>

Od Rosallie CD. Aresa

Co prawda, nie bałam się samego miejsca, lecz stworów jakie mogą nas tu spotkać.
Przez ten bieg straciłam trochę energii, więc w razie potrzeby nagła ucieczka nie będzie tak efektywna, mimo to nie żałuję że zaczęłam się ścigać z basiorem.
Wokół nas roznosiła się mgła, dałabym rzec że z każdą sekundą robiła się coraz gęstsza co tylko utrudniało nam widoczność.
Czułam się osaczona, z każdej strony mógł ktoś nas zaatakować, skuliłam ogon i położyłam po sobie uszy, gotowa na atak w każdej chwili.
Popatrzyłam na Aresa, on się nie bał. 
To dało mi trochę odwagi, jego postawa, sposób w jaki przyglądał się otoczeniu, sprawił że mimo ciągle towarzyszącego mi lęku, mogłam sprawiać pozory odważnej.
Nie lubiłam się oddalać od watahy, zwłaszcza że nie znam drogi powrotnej.
Patrzyłam pod nogi, uważając żeby nie znaleźć się w grząskiej wodzie bagiennej która z łatwością mogłaby mnie wciągnąć.
- Wszystko w porządku? głos basiora wyrwał mnie z zamyśleń.
- Tak...Chyba tak. przecież nawet ślepy zając zauważy że nie jest w porządku.
- Nie wydaję mi się, coś cię martwi? basior dalej drążył temat.
- Po prostu zastanawiam się jak wrócimy do watahy. Co prawda nie powiedziałam całej prawdy, tego co mnie na prawdę trapi, lecz nie kłamałam do końca, prawda?
Usłyszałam w odpowiedzi tylko ciche "aha" co mnie trochę zbiło z tropu.
- Nie martw się, nim się obejrzysz a będziemy w drodze do watahy. uśmiech wilka dodał mi otuchy, więc również delikatnie się uśmiechnęłam.

<Ares?>