piątek, 31 października 2014

Nowy wilk: Tara


Imię: Tara
Wiek: 3 lata
Rasa: Tara to niezwykła wilczyca. Ma w sobie: Wilka Księżyca, Wilka Energii i Wilka podświadomości, czyli jest ostatnią przedstawicielką rasy: Meget Wilk 
Płeć: Wadera 
Stanowisko: Strateg
Moce: Życie w galaktyce - żyje poza światem, zmienianie czasu (czyli np. zatrzymuje czas dzięki swojej energii), przewiduje co się stanie..
Cechy charakteru: Tara to nie najmilsza z wader. Miała ciężko w życiu i odbiło się to na niej... Teraz jest wredna i nie zwraca uwagi na nikogo. Trudno jest jej komukolwiek zaufać. Gdy ktoś chce ją dotknąć, reaguje warknięciem lub szybko się przemieszcza. Mimo to jest zawsze spokojna i opanowana. Trudno ją wyprowadzić z równowagi czy też zdenerwować. Zazwyczaj olewa innych i idzie do przodu. Wbrew swoim nieznośnym pozorom zawsze pomoże. Jako wilk rasy Meget jest nadzwyczajnie silna i szybka. Czuje, że muzyka jej pomaga, świat nie jest kolorowy, ale gdy zamknie oczy i usiądzie wśród natury wszystko nabiera koloru. Mimo swoich zaradności Tara nie ma do końca panowania nad mocami i z czasem wymykają jej się z pod kontroli, bywa rozkojarzona i zła gdy jej coś nie wychodzi, mimo to zawsze chętnie pracuje i potrafi się dobrze skupić. Rzadko kiedy się uśmiecha, udaje wredną, lecz tak na prawdę musi ktoś przełamać jej barierę i odnaleźć to kim wcześniej była... Od pewnego czasu gdy się zdenerwuje zamienia się w drugie oblicze. NIe jest to moc, to związane z przeszłością.
Partner: Wszyscy zatajają to w kim się zakochali, a ja powiem szczerze, że podoba mi się Voodoo. 
Głos: Indila

czwartek, 30 października 2014

Od Village CD. Ignisa

Ignis krzyknął coś po feniksiemu i zaraz pojawił się nad nami Umlilo. Bardzo polubiłam feniksa. Ignis kazał mu zlecieć na dół. W sumie to nie chciałam wcale wracać do jaskini. Bardzo martwiłam sie o Ignisa. Tocoś może mu zrobić wszystkie złe rzeczy jakie są możliwe. 
-Ignis?
-Tak?
-A co jeśli Tocoś zamieniło się w feniksa takiego samego jak Umlilo?
-Spokojnie Vill, jestem w stanie rozpoznać feniksa, którego sam stworzyłem. Nie jestem taki głupi by nie potrafić rozpoznać Umlilo.
-Aha. To dobrze, ale jeszcze jedna rzecz. Wcale nie chcę wracać do jaskini. Nie jestem słabą waderą, za którą mnie uważasz, bo wiem ze uważasz.- powiwdziałam z lekkim wyrzutem.-Zresztą chyba odtrutka zadziałała. Już nie czuję działania jadu. A tak wgl. skoro to coś jest najsilniej powiązane z ogniem, to nad morzem nie będzie bezpiecznie?
Ignis zastanawiał się przez chwilę.

<Ignis?>

Od Rhydiana

Kroczyłem powoli przez jakiś teren, którego nie znam. Wyminęła mnie wadera. Warknąłem. Byłem zły jak diabli. Alfa wywaliła mnie ze stada, od jakiegoś czasu nie widziałem Darkie. Znowu coś mignęło mi przed oczami. Wypadła temu czemuś róża. Rozpoznałem ją. Zawyłem w typowy dla nas sposób. Ona również. Przybiegła truchtem.
-Rhydian! – Zawołała zachwycona. Przewróciła mnie na ziemię i zaczęliśmy się witać.
-Darkness! Co się stało? Tęskniłem. 
-Wataha mnie wygnała. Przybiegłam tutaj.
-Czyje to tereny?
-Watahy Krwawego Diamentu, nie należę do niej, ale kto wie, jak moja rządza mordu się trochę uspokoi. – Usłyszałem szelest od strony Dark, więc zasłoniłem ją sobą będąc ciekaw, co to, a raczej, kto to. Wyskoczyła ruda wilczyca wprost na mnie. Odrzuciłem ją w bok. Warknąłem groźnie, a Darkness zatrzymała mnie łapą. – Wystarczy to moja koleżanka Carrot. – Podbiegła do rudej. – Nic ci nie jest?
-Nie, Dzięki. – Odepchnęła ją.
-Ej nie pozwalaj sobie. – Warknąłem ostrzegawczo. Carrot zignorowała mnie.
-Mam te zioła, które pomogą jak to nazwałaś stłumić falę mordu. – Rzuciła woreczek ziół.
-Mam to zeżreć na sucho?
-Jak coś się nie podoba idź do Witcha. – Prychnęła.
-Czemu jesteś taka niemiła?
-Bo nie chciałaś iść ze mną do Jamesa i musiałam się tłumaczyć, ale chociaż ty. – Wskazała na mnie -weź przyprowadź damę swego serca do Jamesa. Chodźcie wreszcie, bo znowu dostanę po uszach. – Mimo wszystko nie chciałem sobie skasować szansy w tej watasze, więc szturchnąłem jak to ujęła ruda „Damę swego serca” Ja sobie tego jakoś nie umiem wyobrazić i powlekliśmy się leniwie za Carrot. Gdy byliśmy przy wodzie wepchnąłem Darkness do niej i zaczęliśmy się bawić, ale ta marchewka musiała nam przerwać słowami „Nie zachowujcie się jak szczeniaki tylko chodźcie”. Doszliśmy do kompleksu jaskiń. Carrot wprowadziła nas do największej.

<James?>

Od Eris

Trzask.
Odwróciłam głowę w kierunku, z którego dochodził odgłos. Upewniłam się co do położenia mojego przyszłego obiadu i z bezszelestnie ruszyłam w tę stronę. Jak najciszej wspięłam się na drzewo (nietypowa, jak na wilka, zdolność), a ułatwił mi to wiatr, tworzący niezły szum z liści, i maskujący odgłos pazurów przejeżdżających po drewnie. Przemknęłam po gałęzi i uśmiechnęłam się pod nosem. Moja ofiara powinna znajdować się dokładnie pode mną. Starałam się o niej nie myśleć, bo mogłaby poczuć się obserwowana. Już, już szykowałam się do skoku i spinałam ciało do odbicia się od gałęzi, gdy wtem coś mignęło mi w dole. "Coś" skradało się w stronę upatrzonej przeze mnie zwierzyny. "Coś" było wilkiem.
Ale było już za późno, by ktokolwiek zdołał zrezygnować. Zawisłam w powietrzu, by potem opaść w stronę celu. Nieznajomy zaatakował w tym samym czasie, płosząc mi zwierzynę, i sprawiając, że wylądowałam na jego grzbiecie. 
Jednak nawet w najgorszych sytuacjach nie pozwoliłabym sobie na brak efektywności. Tak było i tym razem. 
Zamiast klasycznie wylądować na czterech literach, ostentacyjnie i z gracją odbiłam się od pleców nieznajomego i wylądowałam kawałek obok. Przysiadłam, udając, że nic mnie nie boli, i zajęłam się obserwowaniem wilka. Podniósł się bez problemu i spojrzał na mnie gniewnie. Uniosłam głowę, pogwizdując i unikając tego spojrzenia.
- Ładna dziś pogoda, prawda? - spytałam, a właściwie zełgałam, próbując rozładować atmosferę. Niestety, w powietrzu dało się wyczuć jeszcze większą groźbę ze strony nieznajomego. Wywróciłam oczami.
- Byłam pierwsza - parsknęłam. Ani myślałam okazać skruchę. Zaistniała sytuacja nie była moją winą, a nieznajomy był tylko przypadkową ofiarą mojego polowania, tak samo jak ja przypadkowo weszłam mu w drogę. Więc jeśli ja nie miałam żadnych praw do zdobyczy, to on także. Trzeba będzie olać sytuację i iść dalej, skoro nikt nie dostał tego, czego pragnął.
Wilk wydał z siebie cichy, nadzwyczaj groźny warkot, a ja zastanowiłam się, czemu jeszcze żyję. Jak większość wilków przerastał mnie zdecydowanie pod względem wielkości i znaczności mięśni, ale jego masa dawała mi przewagę zwinności i szybkości. Na krótkie dystanse z pewnością dałoby się uniknąć walki.
Mój problem polegał na tym, że mimo świadomości zagrożenia nie chciałam jej unikać. Tu chodziło o mój honor, który niemalże zawsze chadzał w parze z całkowitym idiotyzmem, gdy przyszło mi się z kimś bić. W większości zmuszona byłam używać sprytu, którego mi nie brakowało, bo siłą nie mogłam tych spraw załatwić. Użycie magicznych zdolności też nie wchodziło w rachubę, bo uważałam to za prostszą drogę do sukcesu. No cóż, wszystko wskazywało na to, że mogłam tylko przyjąć propozycję bitwy i znieść ból bez pisku, nie błagać o litość podczas otrzymywania kolejnych ciosów, a po wszystkim dumnie unieść głowę w próbie zachowania resztek godności.
Łatwizna. Znajdywałam się już w podobnych sytuacjach i nigdy nie okazywałam bólu, bez względu na siłę uderzenia. Kwestia wychowania i przyzwyczajenia.
Odwarknęłam cicho, z głębi gardła. Odgłos ten nie zawierał w sobie strachu, bo go nie czułam, ale był zdecydowanie mniej potężny od głosu nieznajomego. Postanowiłam uznać to jako skutek przeciwności płci i ruszyłam do przodu, uprzejmie czekając na ruch przeciwnika.

< czy ktokolwiek ma ochotę to kontynuować, mimo nieskładności, z jaką mi to coś wyszło? A! I proszę nie "zaklepywać". Kto pierwszy, ten pierwszy :P >

Od Ignisa CD. Village

Obejrzałem się za siebie. Tocoś już nas nie goniło, przynajmniej nie było tego widać. Miałem jednak złe przeczucia. Demon, potrafiący zmieniać kształt. Niepokojące, i to bardzo. Tocoś najpierw goniło całą moją rodzinę, a teraz wpakowałem w to Village. Świetnie.
- Nie zatrzymuj się. - powiedziałem, widząc, że wadera zwalnia. Village trochę przyspieszyła, ale było jasne, że długo nie pobiegnie. No cóż, jeśli miało się do czynienia z takim nieobliczalnym stworzeniem jak Tocoś, było trzeba być przygotowanym na wszystko. Miałem nadzieję, że odtrutka zacnie działać w miarę szybko, i że Village nie będzie się tak bardzo męczyła jak obecnie. Wkrótce przystanąłem, co zrobiła również Village. Dyszała ciężko i wyglądała na zmęczoną. Nie dziwiłem się jej. 
- Wszystko dobrze? - zapytałem.
- Tak, tak. - zapewniła. Nie dowierzałem jej do końca, ale musiałem się tą odpowiedzią zadowolić. Nie chciałem się z nią kłócić. Oboje byliśmy zmęczeni po biegu. Poza tym dobijało mnie ciągłe uciekanie. 
- Dlaczego kazałeś nam jeszcze uciekać, skoro nic nas nie goniło? - zapytała Village.
- Jeśli Tocoś jest zmiennokształtne, co jest prawie pewne, to mogło się zamienić w parę, podążać za nami i w każdej chwili zmaterializować się tuż obok nas, a, wybacz, nie umiem się teleportować, więc wolałem uciec trochę dalej, choć nie wiem cz to coś da. - odpowiedziałem potokiem słów.
- Wiesz, chyba odprowadzę cię do jaskini - powiedziałem. Village nie wyglądała najlepiej. Wykrzyknąłem słówko w mowie feniksów i nad naszymi głowami pojawił się Umlilo.

<Village?>

Od Lunatyka CD. Księżnej Półkrwi

Kiedy poczułem pod łapami piasek miałem uczucie, że jest bezpieczniej. Dla pewności rozejrzałem się. Ani śladu Bazyliszka. I całe szczęście. Nie chciałbym wylądować u Witcha.
- Co teraz? - zapytałem Księżną. Nie odpowiedziała od razu. Nasłuchiwała.
- Tu jest bezpiecznie. - odpowiedziała na moje pytanie. - Przynajmniej na razie.
- Co powiesz na rybkę?
- Chętnie. 
Weszliśmy więc do morza, z początku z celem polowania, potem jednak zaczęliśmy pływać i wariować. Po kilku minutach Księżnej, przypadkowo, ryba wpadła do pyska. Polowanie można uważać za udane, choć tak w zasadzie niewiele zrobiliśmy. Zjedliśmy rybę na brzegu(była nieduża, ale za to smaczna). 
- To jak, co robimy? - zapytała Księżna tonem spokojnym, ale chyba udawanym, bo co jakiś czas posyłała niespokojne spojrzenia w stronę lasu.
- Może przechadzka brzegiem morza, co ty na to?

<Księżna?>

Nowy wilk: Rhydian

Fearless by McLaren-Spyder
Imię: Rhydian
Wiek: 1 rok i 9 miesięcy
Rasa: Aurum Lupus
Płeć: Basior
Stanowisko: Brak
Moce: Black Cloud - wytworzenie czarnego pyłu unoszącego się w powietrzu, który zatruwa przeciwników powodując u nich 24 godzinny paraliż lub natychmiastową śmierć. Deadly Triangle - moc wyładowania elektrycznego z potrójną siłą. Flying Paws - pod łapami wytwarza się niebieskawa mgiełka, służy ona przemieszczaniu się bezszelestnie po terenie jak i swobodne latanie po niebie.
Cechy charakteru: Rhydian jest indywidualistą, jest niezwykle ostrożny i niezwykle zabójczy. Nie jest typem romantyka, ale marzy o pięknej równie zabójczej jak on waderze. Od kiedy wataha go wygnała wędrował to tu to tam, aż wreszcie znalazł się tutaj na terenach Watahy Krwawego Diamentu. Jest chamski, ale przyjacielski. Uwielbia zabawy, imprezy i tego typu rzeczy. Jest trochę leniwy, ale gotów walczyć o swoje i bronić wader. Od zawsze kochał biegać bez celu po lesie, to bieg daje mu spokój, nie umie usiedzieć kilku minut w jednym miejscu, ciągle szuka kłopotów, choć to kłopoty zazwyczaj znajdują jego. Pakowanie się w najgorsze możliwe kłopoty to jego talent. To zawsze on ma przerąbane. Nie jego towarzysz czy towarzyszka (If You Konw What I Mean) tylko ON. Nigdy nie ma ich dość. Mimo jego trudnego charakteru jakoś przeżył, a może to trudny charakter mu w tym pomógł. Kto wie. Jego wzrost przewyższa inne wilki. W duchu jest zagubionym wilkiem bez rodziny, który potrzebuje wsparcia.
Partnerka: Brak, ale poszukuje

wtorek, 28 października 2014

Od Skyli CD. Hati'ego

Hati spojrzał na mnie z niepokojem.
- Ale co? - zapytał.
- Pst. - uciszyłam go. - Wycofaj się, tylko powoli.
Hati zastosował się do moich rad. Zrobiłam to samo. Ostrożnie, przy ziemi, zaczęłam przesuwać się do tyłu. Trzask! Stanęłam na gałązkę. Usłyszałam szelest w krzakach. Wytrzeszczyłam z przerażenia oczy.
- Uciekaj! - wrzasnęłam zanim coś, cokolwiek to jest, wyskoczyło z krzaków. Hati'emu nie trzeba było dwa razy powtarzać. I dobrze. Może nie lubił tchórzostwa, choć nie wiem, nie znałam go dobrze, ale miałam złe przeczucie. Możliwe było, że z tym nie da się walczy, przynajmniej my, tylko we dwoje, sobie nie poradzimy. Wolałam wybrać, mimo iż nie byłam tchórzem, ucieczkę. Lepsze zmęczenie biegiem niż dłuższa wizyta u Witcha, na którą nie miałam ochoty. 
Zatrzymałam się dopiero przy wodopoju. Były tam wilki, w tym James, więc to, co nas ścigało, raczej nie powinno zaatakować. Jakże bardzo się myliłam.
- To co - zapytałam - wracamy do naszych jaskiń czy może jeszcze małe polowanko?
- Może...
Hati nie dokończył. Z krzaków wypadł... Zmutowany dzikus bawiący się pistoletem? Raczej nie, ale to coś przypominało zmutowanego człowieka z jakąś bronią. Stworzenie było całe porośnięte sierścią. Wiał od niego okropny zapach, minutkę, zgnilizny. I niemytego futra. Zaryczał, jeśli można ten dźwięk tak nazwać. Pomachałam przed swoim nosem łapą; tego odoru nie dało się znieść. Rozejrzałam się. Wokół nie było ani jednego wilka! Wszystkie, co do jednego, gdzieś zniknęły. Pozostawało nam walczyć lub próbować ucieczki.

<Hati?>

Od Echo CD. Carrot

- Taak, jasnee ... - byłam zmieszana całą tą sytuacją, a nowo poznana ruda wadera onieśmielała mnie. Może dlatego, że czerpała szczęście z każdej chwili, kiedy ja czułam smutek i strach. Utknęłam wzrok pomiędzy drzewami próbując namierzyć w pamięci miejsce gdzie znalazłam roślinę. W moim umyśle ukazał się pewien leśny zakątek. Był tam krzak jarzyny przy którym uklękłam aby nazbierać owoców na barwniki. Pamiętam, że przez przypadek luknęłam wzrokiem zza krzak i wtedy ujrzałam te łodygi ... Jak ona je nazwała? To-Jad...? Pamiętam, że było ich więcej. Rozrastały się wokół pnia starego dębu.
- Za mną - powiedziałam cicho. - O ile się nie mylę, jest niedaleko Polany Starych Dębów.
Wadera ochoczo podniosła się z klęczek i ruszyła żwawym krokiem za mną. Szłam troszkę wolniej od niej trzymając koszyk z ziołami w pysku, kiedy ona kłusowała jak sarna raz za mną, a raz przede mną.
Minęliśmy kamień, który pamiętam z wizji jak wracałam w stronę watahy. Byliśmy już blisko. Nawet nie zauważyłam kiedy moja przednie łapy zapadły się w błoto aż po kolana. 
- Ostrożnie! - krzyknęła wadera. Chwyciła mnie za ogon i szarpnęła, ale ja skupiłam się najbardziej aby nie wypuścić koszyka.
- A tak w ogóle to jestem Carrot - nieznajoma wyciągnęła rudą łapę w moją stronę. Niezręcznie ją uściskałam choć to wyglądało bardziej na "piątkę".
- Echo - odparłam.
Carrot parsknęła śmiechem.
- Ja wiem, że tutaj jest echo, ale chciałabym poznać twoje imię.
- Echo. To jest moje imię - rzekłam trochę zmieszana.
- Och sorry ...
Ominęłam głęboką kałużę. Zatrzymałam się. Omotałam wzrokiem polanę szukając znajomego zakątka gdzie znalazłam dziwne zioła. Mój wzrok przykuł krzak jarzyny, więc machnęłam łapą na Carrot i popędziłam w tamtym kierunku. Obok rosło drzewo o bardzo długich korzeniach. Delikatnie rozgarnęłam je aby ukazać pokaźną grotę, gdzie wyrastały kłęby lekko wyschniętych małych roślinek. Zaintrygowana Carrot chciała się zbliżyć do ziół, jednak pisnęła i złapała się za głowę. Odskoczyłam przerażona.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam! - pisnęłam z paniką. Carrot uśmiechnęła się słabo.
- Nagły ból głowy nie oznacza twojej winy ...
- Uwierz mi to była moja wina - oblał mnie paniczny strach. Skrzywdziłam wilczą istotę. Zapomniałam o swojej mocy, zignorowałam ją co było wielkim błędem. Czułam się paskudnie.

< Carrot? >

Od Echo CD. Hati'ego

- Trochę tam ciemno - zauważyłam. Zrobiłam krok do tyłu. Nie lubiłam ciemności, i cała chęć zwiedzenia tego miejsca uciekła.
- O to się nie martw - odparł Hati beztroskim tonem. Powietrze w paru miejscach nad jego głową zafalowało, jakby ktoś je podgrzał, następnie zapaliły się tam małe płomienie ognia. Widziałam już wilki, z darem panowania nad ogniem, ale płomyki poruszyły moją duszę. Były piękne. 
Basior wszedł pierwszy do jaskini, a przemieszczające się wokół niego płomyki, oświetlały wnętrze. Poszłam za nim. Przed nami rozciągał się tunel, i chyba, nie miał końca. Ściany były śliskie w dotyku, w kolorach jasnego błękitu przywodzącego na myśl lód lub kryształ. Przejechałam łapą po chłodnej tafli, która zabarwiła się krwią w jednym miejscu. Wyglądało to jakbym wstrzyknęła tam barwnik ... Zignorowałam to i dogoniłam Hatiego, który szedł przede mną w milczeniu, skupiając uwagę na utrzymaniu jedynego źródła światła.

Myślałam, że minęły lata, a to dopiero druga godzina. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie martwią się o nas w watasze.... O mnie nie, ale o Hatiego pewnie tak.
- Słuchaj ... Nie martwią się o ciebie tam? - zapytałam, przerywając ciszę, a mój głos potoczył się echem po korytarzu.
Wzruszył ramionami.
- Może...
Zamilkłam.
- Przepraszam, tak dawno nie rozmawiałam z wilkiem, że już nie pamiętam o czym mogę mówić ....
Hati ku mojemu zdziwieniu wybuchł śmiechem.
- Ale to nie jest temat, którego nie można tykać! Spokojnie, mnie zranić nie jest tak łatwo.
Mimo to nadal milczałam. Nagle wzięłam tak głęboki oddech, że zadławiłam się śliną.
- Widzisz to!? - kaszlnęłam.
- Światło!
Pobiegliśmy pędem w jego stronę, a pacnięcia naszych łap odbijały się echem. Pierwszy dotarł Hati. Zatrzymał się u wejścia i westchnął.
- Łaaaał....
Dobiegłam do niego i spojrzałam mu przez ramię, gdyż tunel był tak wąski, że szliśmy gęsiego. 
To co zobaczyłam, było piękniejsze od mojego grodu.
Była to ogromna grota. Mieniła się fioletowo-niebieskim blaskiem. Zabrakło mi tchu aby to opisać. Sufit wyglądał tak:

Gra świateł, która powodowała ten obraz na suficie, sprawiała, że cała ta galaktyka płynęła. Ściany były obrośnięte roślinami,liliami o pięknych galaktycznych barwach.


Powoli zeszliśmy z podwyższenia aby napoić się pięknem tego miejsca. Jaskinia promieniowała nieznaną pozaziemską mocą. Miałam ochotę zostać tu na zawsze.
- Jest piękna. - odezwał się Hati.
- Mhm... - przytaknęłam.
Chwila ciszy.
- Jak ją nazwiemy? - zapytał nagle. Spojrzałam zdziwiona.
- Heh, w końcu to my ją pierwsi odnaleźliśmy. Zasługuje na piękną nazwę ...
- Nav ierobežota Beauty - wypaliłam nagle, napotykając spojrzenie Hatiego - To w moim języku oznacza - Nieskończona Piękność....
Zastygliśmy w milczeniu. Nagle wybuchłam:
- ... lub Piękność jest nie ograniczona.
Zaśmiał się, gdyż mój "wybuch" rozbawił go. Chciałam dołączyć się do śmiechu, jednak moją głowę przeszła myśl i zmarkotniałam.
- Coś nie tak ...? - zapytał Hati przyglądając się mojej minie.
- Wszystko jest w porządku ... - bąknęłam unikając jego spojrzenia. Nagle pisnęłam i uczepiłam się jego.
- Hati, tam się coś porusza!

<Hati?>

Od L'a CD. Nevady

- Słuchaj mamy dwa wyjścia. Albo się nawracamy, albo idziemy dalej. Tylko musisz wiedzieć, że nie wiele wilków wyszło stąd cało. – powiedziała ostrzegawczo. 
Dopiero, co cos mnie opętało. Jeszcze kilka dni temu igrałem z pół-demonami i ich dziwnymi właściwościami*, decyzja była natychmiastowa.
- Idziemy stąd. – powiedziałem i odwróciłem się na piecie. – A! I dzięki za pomoc. – zatrzymałem się i rzuciłem lekkim, wdzięcznym uśmiechem w stronę wadery. Tym razem szczerym. 
- Nie ma sprawy. – odwzajemniła uśmiech i ruszyła w moją stronę. – Może tym razem faktycznie pójdziemy na plażę? – zażartowała. 
- Jasne. Nie potrzebna nam powtórka z rozrywki. – odparłem wpatrując się w ziemię. Głowa dalej mnie bolała, ale i tak jestem wdzięczny Nevadzie. Kto wie, jak głupi ruch bym wykonał. Może tamta sprawa jeszcze się nie zakończyła? 
Dobra, to idziemy… Ale w końcu mały pomysł przyszedł mi do głowy. Niby to z nudów, a może po prostu mi się zachciało… 
- Co powiesz na mały wyścig? – zaproponowałem z przebiegłym uśmiechem tak ni z gruszki ni z pietruszki. Tak nagle. 

<Co mi odpowiesz, Nev? ;D>

poniedziałek, 27 października 2014

Od Village CD. Ignisa

- Ignis, co to jest? - krzyknęłam do Ignisa, gdy zaczęliśmy uciekać przed kolejnym, okropnym, ogromnym potworem. Tym razem wyglądał zupełnie inaczej. - Czy Tocoś potrafi zmieniać kształty?
- Najwyraźniej tak!- odkrzyknął mi Ignis.
Bardzo bałam się że Tocoś nas dogoni. Bardzo bałam się, że nie dam rady. Czułam się coraz bardziej osłabiona działaniem jeszcze nie do końca zneutralizowanego jadu. Musiał to być bardzo silny jad, skoro po takim czsie i lekarstwie jeszcze go czułam. Zwalniałam. Postanowiłam użyć mocy. Kazałam drzewom zaplątać Tocoś w gałęzie. Wiedziałam że nie uwięzi to go na dobre, ale chociaż spowolni. 
- Ignis, ja już nie mogę tak biec! Ten jad był bardzo silny i jestem osłabiona!
Ignis zmartwił się trochę. Nie przestawał biec. Wiedziałam oczywiście, że jeśli To nas dogoni to po nas. Co chwilę musiałam prosić drzewa o kolejne gałęzie. Mnie też gdy Tocoś je przerywało i raniło. Ale ten ból był do wytrzymania. Nie mogłam przerwać bo gdyby gałęzie nie spowolniły Tegoczegoś to byłoby juz po nas. Coraz wolniej biegłam. Nagle przestałam czuć ból od przerywanych gałęzi. Czyżby to przestało nas gonić?

<Ignis?>

Od Darkness

Spacer po nowym otoczeniu dobrze mi zrobił. Znalazłam się na szczycie jakiejś skały wchodzącej do morza. Niedaleko mnie przepływała lawa i wpływała leniwie do wody tworząc gęste obłoki pary. Położyłam się na ciepłej powierzchni, uniosłam głowę i rozglądałam się dokładnie. Natchnęło mnie poczułam coś dziwnego. Jakby fala zimna, która od zawsze górowała w moim sercu ustąpiła. Zaczęłam śpiewać w języku Watahy Złotego Kła, która żyła kilkaset lat temu.

Themio, mised themio
Tey lai kohm wih mey
Tey don go no
Themio, mised the, mised the, mised themio
They lai kohm wih mey
Tey don go no.

Usłyszałam chrobot pazura gdzieś po lewej.
- Kim jesteś i czego chcesz? - Zapytałam 
- Nadal tego samego, ale oszczędź sobie fatygi, zwykła rozmowa. - Usadowił się obok mnie.
- Uciekam od wszystkich, nie chcę by, ktokolwiek zginął z mojej łapy. Chcę się tylko gdzieś ukryć i wyluzować, wynaleźć jakiś cudowny środek, dzięki, któremu odzyskam spokój. 
- Idź do Witch’a na skraju lasu, może coś będzie miał.
- A ja znowu to powtórzę. Nie należę do waszej watahy.
- Ale jak chcesz możesz należeć.
- Mhm jasne, żebym zabiła ciebie, Carrot i wszystkich innych?
- Dasz rade, jeśli do tej pory mnie nie zabiłaś to oznacza, że masz serce. - Zachichotał. - Serio mówiłaś, że jestem przystojny?
- Nie przeginaj pały.
- Ja tylko chcę wiedzieć.
- Tylko wymieniałam uwagi z Carrot, i wyszło, że powiedziałam, że pewnie jesteś rozchwytywany, bo szarmancki, chamski i brzydki nie jesteś.
- Ok... O czym śpiewałaś?
- Nie potrafię tłumaczyć tego języka, ale go znam trochę, a to piosenka mojego dzieciństwa, śpiewały ją wadery podczas zaćmienia księżyca.
- A... ok, bo ładnie śpiewasz.
- Spieprzaj zanim zrobię ci krzywdę.
- Nie bój się samej siebie, jak się ogarniesz to przyjdź, ale zapukaj tym razem proszę.
- Dobra... Już koniec. Cześć! - Wstałam szybko ze skały i pognałam w las. Usiadłam nad jakimś niewielkim jeziorkiem, dotykając łapą tafli wody po której rozeszły się kręgi…

<James?>

Od Hati'ego CD. Skyli

- Ja Hati - odpowiedziałem z uśmiechem. Było mi trochę głupio, że wpadłem na waderę.
- Gdzie idziesz? - zapytała ciekawa wadera.
- Idę nad jezioro - odparłem.
- Świetnie! Uwielbiam pływać, przejdę się z tobą. - Widać, że wadera się bardzo ucieszyła, ja byłem trochę zdezorientowany, nie znałem tej wadery nawet z widzenia, ale wydawała się miła, więc nie przeszkadzało mi jej towarzystwo. Szliśmy szybkim krokiem, ale nie spieszyło nam się - mieliśmy przecież cały dzień.
Kiedy doszliśmy na brzeg od razu wskoczyliśmy do wody.Plusk po skoku wywołał falę, która zalała wszystko wokół plaży. W wodzie zaczęliśmy chlapać się jak się i wariować jak szczeniaki. Zaczęła się wojna wodna, żadne z nas nie miało na sobie suchego kawałka futra. Ta zabawa trwała tak długo, że nawet nie zauważyliśmy, że zaczęło się ściemniać. Wyszliśmy na brzeg i padliśmy na trawę.
- Trzeba wracać - oznajmiłem po czym ziewnąłem szeroko otwierając pysk.
- Masz rację - powiedziała wadera.
Byliśmy bardzo zmęczeni, szliśmy wolno, bardzo wolno. W pewnym momencie wadera się ożywiła i raptownie stanęła w miejscu nastawiając uszy w kierunku krzaków.
- Tam coś jest. - Było widać niepokój w jej oczach.

<Skyla?>

Od Hati'ego CD. Echo

Wadera sama w sobie była intrygująca, a jeszcze ta jej moc panowania nad krwią. Nie chciałem jej o to pytać, bo zauważyłem, że unika tego tematu i całkiem dobrze jej to wychodzi. W mojej głowie przewalało się mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Myślałbym tak cały dzień gdyby nie głos wadery:
- Hati, jesteś tam? - wadera chichotała cicho.
- Przepraszam - byłem lekko speszony całą tą sytuacją. Uśmiechnąłem się do wadery po czym odparłem:
- Chcę ci coś pokazać.
Wadera spojrzała na mnie zaciekawiona, ale nic nie powiedziała, po prostu ruszyła za mną. Szliśmy w ciszy, kiedy po około 15 minutach wadera spytała:
- Dokąd idziemy? - W jej oczach było widać ciekawość i zainteresowanie.
- Zobaczysz - odparłem z uśmiechem.
Szliśmy dość szybkim krokiem, ponieważ chciałem zdążyć dojść przed zmrokiem.
- Jesteśmy - powiedziałem wskazując na wielką skałę, można powiedzieć, że klif. Wadera podeszła do niej i lekko zawiedziona odwróciła się do mnie:
- Tutaj nic nie ma.
- Poczekaj - spojrzałem na niebo i kiedy księżyc znalazł się w odpowiednim miejscu otworzyły się wrota wykute w skale. Echo wytrzeszczyła oczy i podeszła do wejścia:
- Wchodzimy? - zapytała.
Echo zbiła mnie z tropu, nie wiedziałem, że będzie chciała wejść. Sam nigdy tam nie byłem.
- Nie wiem czy to bezpieczne, ale jeśli bardzo chcesz wejdziemy - podszedłem do wadery.

<Echo?>