wtorek, 2 września 2014

Od Mozilli CD. Firefox CD. James'a

- Czy coś przede mną ukrywacie?- patrzałam jak wadera i basior patrzą na siebie dziwnym wzrokiem.
- Nie- odpowiedziała wadera po czym się przedstawiła.- Jestem Skayres.
- A ja...- Basior nie dokończył bo zrobiłam to za niego:
- James, Samiec Alfa. 
Nastała niezręczna cisza. Patrzyliśmy się na siebie, i jedynie ćwierkanie ptaków zagłuszało nasz bezruch. Wstałam. 
- Dzięki że zostaliście ze mną- odparłam i poszłam nad strumyk by się napić. Pozostała dwójka siedziała, jakby na coś czekała. Na moim futrze zauważyłam zaschniętą plamę z jagód. Bynajmniej poplamiłam sobie futro nawet o tym nie wiedząc - pomyślałam, i chwilę później taplałam się z bólem w wodzie próbując zmyć plamę która nie chciała zejść. Po kilku męczących próbach byłam czysta, i wszystko mnie bolało. Jaka ja głupia, wilk ognia pływający w wodzie. "Mądra jesteś Firefox..." myślałam. Straciłam równowagę. Kręciło mi się w głowie, i było mi niedobrze. Jedyne co usłyszałam to szelest w pobliskich krzakach jagódek. 
- Czemu mnie śledzisz?- krzyknęłam, ale sprawca się nie pojawił. 

<James, Skayres dokończcie proszę>

Od Livii

|Warto żyć. Nigdy się nie poddawaj- te słowa cały czas sobie powtarzam. Lecz teraz to bez znaczenia. Nie obchodzi mnie, czy umrę, czy przeżyję. W końcu mój los nikogo nie obchodzi. Nikt nie będzie smutny, jeśli z dnia na dzień zniknę.|
Taka byłam kiedyś.... Użalająca się nad sobą, smutna wilczyca. Teraz już taka nie jestem. Staram się cieszyć życiem. Nie chcę jeszcze umierać; jestem na to za młoda. Niby jestem sama ale to w pewnym sensie mi pomaga. Nie muszę martwić się o zdanie innych- to czy mnie lubią czy nie kompletnie mnie nie interesuje. Jestem po prostu sobą.
- Wydaje mi się, że dobrze by było dołączyć do jakiejś watahy. Samej trochę ciężko mi unikać kłopotów. Poza tym nie musiałabym się zbytnio martwić o pożywienie. Tak! To genialny pomysł. Pozostaje jeszcze tylko drobny szczegół: Gdzie ja teraz znajdę jakąkolwiek watahę? Jestem na jakimś odludziu, gdzie kompletnie nic nie ma. Nie ma zwierząt, ani roślin, tu nic nie ma.. - Tak sobie myślałam i doszłam do wniosku, że trochę będę musiała się nachodzić żeby coś znaleźć. Chodziłam sobie i chodziłam. Bez przerwy przez cztery godziny. Zrobiło się ciemno, co mnie nieco wkurzyło. Miałam zamiar coś znaleźć przed pojawieniem się gwiazdek na niebie, ale dobra. Księżyc był po części zasłonięty szarymi chmurami ale to nie przeszkadzało w poruszaniu się, wystarczająco wszystko oświetlał. Nagle usłyszałam wycie, a zaraz potem szelest liści. Tak, to były wilki. Pobiegłam za nimi- to było oczywiste. Biegłam sobie za nimi i biegłam. Byłam już wyczerpana, tyle godzin na nogach bez jedzenia i picia jest naprawdę męczące. Na moje nieszczęście zgubiłam ich. To było przygnębiające. Zostałam sama przy jakimś dziwnym wodospadzie. Przynajmniej był ładny, chociaż właściwie... Było ślicznie... Światło księżyca padające na błękitną wodę... Do tego lekki wiatr, który poruszał liście będące na ziemi.... Naprawdę wspaniałe uczucie. Lecz moim celem nie było przecież wpatrywanie się w krajobraz. Miałam szukać watahy. Niestety nie słyszałam już żadnego dźwięku wskazującego na obecność kogokolwiek- nie słyszałam nic. Byłam tak zmęczona, że nie mogłam racjonalnie myśleć. Oczy zamykały mi się same. Zaczęłam bardzo szybko oddychać. Zrobiło mi się słabo. I po prostu zemdlałam. Smutne. A takie miałam ambitne plany. O dziwo rano obudziłam się 'nienaruszona' w tym samym miejscu, gdzie zasnęłam. Byłam głodna i spragniona. Nie wiedziałam co zrobić. Gdy nagle zobaczyłam zbliżającą się postać. To wilk. Przestraszyłam się. Bałam się, że chce mi coś zrobić. Gdyby tak się stało, nie byłabym się w stanie obronić. Byłam zbyt wycieńczona. Chciałam nieco się cofnąć ale nie dałam rady- wszystko mnie bolało, a obcy wilk nadal się do mnie zbliżał.
- Przepraszam. Co Ci się stało?- zapytała obca wadera (wywnioskowałam, że to wadera po głosie)
- E-e.... J-aa.. ja..... T-tylko.... P-przechodziłam....- odpowiedziałam przerażona.

<Jakaś wadera mi odpowie? :3>

poniedziałek, 1 września 2014

Od Isabell

Latałam wokół terenów nowej watahy. Dzisiejszy dzień nie był tym z rodzaju najszczęśliwszych, więc sfrustrowana unosiłam się coraz wyżej na skrzydłach. Gdy byłam już ponad koronami drzew, pozwoliłam, by moje skrzydła nie ruszały się, rozłożone w poprzek mojego ciała. Wiatr delikatnie smagał moje pióra. Zamknęłam oczy i westchnęłam głęboko. W pewnym momencie spojrzałam w dół, na kanion. Przewróciłam oczami, a w głowie zaświtał mi pomysł. Skierowałam się pyskiem w dół i złożyłam skrzydła wzdłuż ciała. Momentalnie zadziałała grawitacja i zaczęłam spadać w dół. Zamknęłam oczy dla lepszej atmosfery i uśmiechnęłam lekko. Rozluźniłam się i zaufałam swojemu instynktowi. Bo co może się stać? - powtarzałam sobie, wciąż lecąc w dół z zawrotną prędkością. Najwyżej rozbije się o ziemię. Nikomu nie będzie mi żal... W ostatnim momencie poczułam, że to już czas rozłożyć skrzydła. Powoli, lecz stanowczo znów znalazły się w poprzek mnie, a ja ustabilizowałam lot. Przeleciałam metr nad ziemią, uradowana z braku utraty formy. Zrobiłam jeszcze dwa kółka wzdłuż kanionu i postawiłam łapy na ziemi z gracją lądując. Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się kosmyka włosów sprzed pyska. Złożyłam skrzydła i znów na moich wargach zagościł ciepły uśmiech. Przeszłam dwa kroki, trzepiąc się z kurzu, który znajdował się na dnie kanionu. Przeszłam kolejne dwa kroki i zobaczyłam James'a. Spanikowana zaczęłam obracać się wkoło, szukając najlepszego wyjścia. Nie miałam ochoty na rozmowę. Po prostu mój humor nie pozwalał na nią. Już chciałam wzbić się w powietrze, gdy basior powiedział:
- Zaczekaj momencik.
No i świetnie. - pomyślałam zirytowana.
- Słucham. Czego sobie życzysz? - mruknęłam podirytowana. 

<James?>

Nowy wilk: Ifus!

Imię: Ifus
Wiek: 1 rok i 6 miesięcy
Rasa: Wilk Zimy
Płeć: Wadera
Stanowisko: Wojownik
Moce: Panowanie nad żywiołem wody- wadera potrafi panować nad żywiołem wody. Inaczej potrafi zmieniać stan skupienia, tworzyć z niej broń, a także nadawać jej określony kształt i przemieszczać ją siłą woli. Furia- wadera podczas używania tej mocy nie kontroluje siebie. Staje się nadzwyczaj silna oraz szybka i zwinna. Tchnienie- Uzdrawia i wskrzesza wilki używając żywiołu wody. Jednak gdy używa tejże mocy jej życie skraca się o kilka dni.
Cechy charakteru: Ifus... jest to skomplikowana wadera. W związku z jej pochodzeniem od urodzenia była szkolona, a co za tym idzie jest teraz opanowana psychicznie oraz duchowo. W kontaktach z nieznajomymi nie okazuje emocji. Oschła, zimna jak lód... tak, to ona na pierwszy rzut oka. Lecz gdy zagościsz w jej lodowym sercu i stopisz chodź jeden sopelek może ona stać się dla ciebie miłą, a nawet kochaną towarzyszką. Jednak to zjawisko nie jest często spotykane. Wadera jest zamknięta w sobie, skromna. Nie cierpi wychwalania jej. Jako iż jest wojowniczką to ma honor, jest on wielki. I chodź powali przeciwnika dwoma ciosami, to zabija jedyne kiedy to jest konieczne. Gdy zapała do basiora głębokim uczuciem to nie powie mu o tym... boi się odrzucenia. Cóż, przez to na pewno nie znajdzie partnera. Gdyby ktoś ją pokochał to byłaby wierna do samego końca.
Partner: Brak.
Głos: Idina Menzel

Od James'a CD. Skayres

- Zakopać? - Wadera, którą widziałem pierwszy raz w życiu była spanikowana i najwidoczniej nawet nie spostrzegła, że to, co uważała za krew jest tak naprawdę najzwyczajniej w świecie sokiem z czerwonych jagód...
- Skoro nie jest martwa, to na jaką cholerę mamy ją zakopać? - odpowiedziałem lekko zirytowany przewracając oczami. Rzuciłem obojętnym wzrokiem w stronę nieprzytomnej wadery po czym dodałem: - Wyjdzie z tego. - Lekarzem nie jestem, ale skoro to nie krew, to raczej wszystko jest na swoim miejscu, nie? Nie ma powodu do obaw.
- Co? I zostawisz ją tutaj? Nie wiem, co z nią zrobić, a ty mówisz tak po prostu, o, spokojnie, że wszystko będzie ok? - Nadal czuć było w jej tonie zaniepokojenie, lecz po moich słowach najwidoczniej trochę ochłonęła, a na jej twarzy można było dostrzec nawet cień uśmiechu.
- A czemu miało by nie być? Poza tym ja nie mam z tym nic wspólnego, co mnie obchodzi, że nie uważa co robi i traci przytomność w środku lasu? Gdyby nas tu nie było, to zapewne leżałaby tutaj, aż sama odzyskała by przytomność, no nie? - parsknąłem pod nosem. Tak naprawdę nie chciało mi się jej szastać do Witch'a, poza tym ta błękitna wadera... o ile to w ogóle był wilk - bo była w dość opłakanym stanie... - jeszcze by mnie chciała zabić, wolę nie ryzykować. Co wataha zrobiła by bez takiego wspaniałego alfy jak ja? Nie mogę być takim egoistą i zostawiać ich bez przywódcy... 
- Ale tu jesteśmy, więc może wypadałoby coś z nią zrobić? Ja nadal zostaję przy wersji z zakopaniem... - Miałem coraz większe, złe przeczucia co do tej wadery. Chciała pogrzebać żywcem tę rudą? Czemu chce mi się śmiać? Gdyby nie spoczywała na mnie taka wielka odpowiedzialność *którą tak bardzo się przejmuję*, to może przystąpił bym na tą jakże wspaniałą propozycję, ale, cóż, nie mogę. Wzięliby mnie chyba za jakiegoś psychola, jak nie gorzej.
- Cóż, skoro już się tak upierasz, to możemy tutaj poczekać aż się obudzi, bo uwierz, nasz kochany profesorek Witch nie za dużo tutaj zdziała, pewnie powiedziałby coś w stylu: "niech tutaj poleży, aż się nie obudzi, potem zobaczę, czy wszystko z nią okej", wiesz, tyle to ja też potrafię - powiedziałem ironicznie, po czym zerwałem trochę jagód i wypchałem sobie nimi buzię - Chcesz trochę... - zawiesiłem się, chcąc, aby dokończyła, zdradzając mi tym samym swoje imię.
- ...Skayres - odparła podchodząc do mnie, aby odebrać jagody. Już prawie wyciągała po nie łapy, gdy nagle poczułem uderzenie, a potem coś, a raczej ktoś przygniótł moją łapę. Czułem, jak soczysty sok z jagód spływa mi po sierści.
- Co do cholery?... - Byłem kompletnie zdezorientowany. Nie mogłem się nawet wytrzeć, bo... przygniatała mnie Skayres.
- Chyba się potknęłam - zaśmiała się, po czym podniosła dość niezdarnie, lecz w dość szybkim tempie. Spojrzała na moją łapę, po czym ze speszoną miną powiedziała: - Chyba jagody ci się zgniotły, zerwę sobie nowe. - Na jej twarzy nadal widać było głupi uśmieszek. Serio? To nie ona była cała w tym lepkim soku, ale co poradzić? Oby był tutaj jakiś strumyk, bo jeśli nie, to chyba oszaleję i też potraktuję ją tymi durnymi jagodami.
- Zaraz wracam - powiedziałem ze sztucznym uśmieszkiem. No cóż, jej też przydałaby się kąpiel, ale chyba najlepiej, żeby ktoś został z tą rudą. Nie jestem jednak pewien, czy to dobry pomysł, żeby zostawiać ją ze Skayres... Raz kozie śmierć, z resztą, co mnie to obchodzi? Raczej powinienem martwić się o Skay, a nie o... Dobra, nie ważne.
*
Po kilku minutach byłem już wolny od lepkiego soku oraz intensywnego, owocowego zapachu. Dotarłem z powrotem do krzaków z jagodami i ku mojemu zdziwieniu wadera odzyskała już przytomność.
- Wszystko okej? - rzuciłem, po czym usiadłem obok Skayres przyglądając się waderze, która najwidoczniej dopiero co zorientowała się, gdzie tak naprawdę jest.
- Co się stało? - powiedziała ruda i skierowała na nas swoje pełne podejrzeń oczy. Skay spojrzała na mnie trochę niepewnie, lecz ja przejąłem głos i odparłem:
- Biegłaś... przewróciłaś się... Uderzyłaś w głowę... Tyle.
Poczułem na sobie spojrzenie błękitnej wadery mówiące: "O, dzięki, że nie powiedziałeś jej, że chciałam ją zabić, ale mogłeś powiedzieć to z trochę większym współczuciem!".

<Skayres, Mozilla? xD>

Od Ignisa

O zachodzie wyszedłem z jaskini. Promienie słońca oświetlały całą okolicę. Bardzo mi to sprzyjało. Zawróciłem. W kufrze, w mojej jaskini, miałem różne „skarby”. Zacząłem wszystko wyciągać. Był tam rydwanik, który mógł się powiększyć (wraz z czterema końmi), peleryna ognioodporna, jakiś stary medalion i kilka fiolek. Przyjrzałem się jednej z nich.
- Eliksir życia – wymamrotałem. Wpadłem na pomysł. Wyczarowałem ognisty bat i wziąłem się do pracy. Związywałem, rozwiązywałem, wciskałem to tu, a to tam. W końcu z bata powstał piękny, ognisty ptak. Feniks. Te ptaki były używane przez nasz ród jako szpiedzy. Wziąłem fiolkę z eliksirem życia i wlałem kroplę do dziobka ptaka. Zacząłem recytować formułkę, której kiedyś nauczył mnie ojciec:
- Żyjesz póki żyję, zginiesz gdy ja zginę. Swego pana wiernym będziesz ptakiem, nawet gdy zakwitniesz na mym grobie makiem.
Wszystko się zgadzało, bo po kilku minutach ptak ożył. Krzyknął donośnie. Kazałem mu polecieć na zwiad. Wyszedłem z jaskini, patrząc za oddalającym się feniksem. Potem wyruszyłem na spacer. Kryłem się w krzakach i stąpałem cicho jak myszka. Jednak po chwili zacząłem odczuwać czyjąś obecność. Nie był to Umlilo, jak nazwałem feniksa (w języku zulu ogień). Odwróciłem się i ujrzałem wilka.
- Kim jesteś!? – warknąłem.

<Wilku?>

Nowy wilk: Ayra

Imię: Ayra
Wiek: 3 lata
Rasa: Wilk Mroku 
Płeć: Wadera
Stanowisko: Zielarka
Moce: Odporna na wszystkie substancje rżące, tworzenie tarczy odporną na różne ataki, zamiana w dym 
Cechy charakteru: Ayra jest dość nadpobudliwym wilkiem. Kocha przygody (czyt. kłopoty) w które sama się ładuje. Nigdy nie panikuje... nigdyyy. Zachowuje, aż nadmierny spokój. Zawsze się trzyma swojej racji (jak to na kobietę przystało), nie ważne jaki jej kit wciśniesz, że to co mówi to nieprawda. Strasznie kreatywna i lubi pomagać np. wrzucić gdzieś zwłoki , które chcesz zakopać. Uwielbia świeże powietrze przy którym pije kwas solny. Nigdy się nie poddaje, a podczas walki zawsze próbuje sprawić, by jej przeciwnik zwariował i sam zrobił sobie krzywdę , by ona nie pobrudziła sobie łap. Jest raczej miła, ta raczej. Sarkastyczna , również jest. Często mówi za dużo. Po prostu urodzona z niej psychopatka. Jak trzeba to ukręci ci kark i z kości widelec zrobi. 
Partner: kto by z nią wytrzymał? 

Od L'a CD. Nevady

To był bardzo ciepły dzień. Na wyczucie można powiedzieć, że około dwadzieścia dziewięć stopni w cieniu. Dla ochłody co jakiś czas powiewał chłodny wietrzyk. Białe chmury co chwilę przesłaniały słońce. Było zdecydowanie za ciepło. W duchu prosiłem o ulewny, ziemny deszcz… 
Samotnie poszukiwałem jakiegoś jeziora lub morza. Czegokolwiek, gdzie można skąpać się w chłodnej wodzie. Na kilometr czuję, że tereny zamieszkane są przez watahę. Wolałbym uniknąć konfrontacji, wiec najszybciej, ale najkorzystniej dla samego siebie przechodzę z miejsca w miejsce. 
Przeczesywałem się przez las i nawet nie zauważyłem, że ktoś za mną podąża. Nie wyczułem zapachu, nie usłyszałem niczego niepokojącego ani nie zauważyłem kompletnie niczego. Z takimi zapewnieniami brnąłem dalej przed siebie. Swobodnie wymijałem drzewa. W oddali zauważyłem jakąś wilczycę. Wycofałem się lekko i ukryłem z oddali patrząc czy mnie nie widzi. Na szczęście nie… Jej czas życia był długi, a imię… cóż ciekawe. Carrot. Wilczyca nie widziała mnie i najciszej jak tylko się dało zrobiłem kilka kroków w tył i odszedłem od miejsca „spotkania”. Ruszyłem dalej i niedługo po tym usłyszałem za sobą głos. Głos jakiegoś basiora. 
- Podoba się las? – spytał chłodno ze stanowczością. 
Odwróciłem się równie szybko co usłyszałem pierwsze słowo samca. Stał tam jakiś wilk. Widziałem przy nim czas życia niewiarygodnie długi… Dłuższy od mojego. Tego jestem pewny. Znam własny czas życia i nic nie jest w stanie tego zmienić. Natomiast imię basiora brzmiało James. 
* * *
Tak właśnie pierwszy raz spotkałem James’a, Alfę Watahy Krwawego Diamentu. Bardzo długo to trwało zanim doszliśmy do porozumienia. Z początku prawie doszło między nami do walki. Ale jednak wyszło na to, że rzekoma walka nie nastąpiła. Samiec ma bardzo trudny charakter i z początku nie mogliśmy się dogadać, ale ostatecznie stałem się jednym z członków watahy. 
* * *
Następnego dnia po tym upale było przeraźliwie chłodno. Niebo całe zachmurzone. Zupełnie jakby słońce nie istniało. Padało co pięć minut i co chwilę nastawała przerwa. Dodatkowo do tego ten cały chłód. 
Było tak nudno, że nie mogłem usiedzieć w jaskini. Jak wyjdę to na pewno coś się stanie. „Na tym świecie nie ma czegoś takiego jak szczęście.”, pomyślałem. Bo to jedna wilka prawda. Więc wyszedłem na zewnątrz i jak tylko na metr oddaliłem się z jaskini znów lunęło. Już byłem zirytowany tym głupim zajściem. Ale postanowiłem iść dalej i tak przedzierając się przez las w końcu zupełnie przypadkiem trafiłem na jakąś waderę. 
- Sama nie wiem… Może jednak powinnam zapomnieć o tej sprawie… - powiedziała smutno sama do siebie, kiedy tylko wytargałem się z krzaków. 
Po zapachu rozpoznaję, że to jedna z naszej watahy, ale zdaje mi się, że się nie znamy. Widzę przy niej zupełnie inny czas i nowe imię, którego na pewno jeszcze nie słyszałem. 
- Nevada, czy tak? – zagadałem oschło, jak to mam w zwyczaju. Zadałem to pytanie, tylko dlatego, że czasem coś źle przeczytam z tych liter; bywają nie wyraźne. 
- Taaak. – przeciągnęła widocznie zdziwiona tym, że znam jej imię. – Znamy się? – dodała po chwili zupełnie innym tonem. Twardym. 
- Nie. – odparłem szybko nie wysilając się na dłuższą odpowiedź. 
- Aha. Wiesz, że jesteś na ternach mojej watahy? – rzuciła tak samo jak przed chwilą. To dziwne, że jeszcze nie jestem podirytowany. 
- Naszej watahy. – poprawiłem odwracając wzrok. – Należymy do tej samej, Nev. – sam nie wiem, czy słusznie robię od razu skracając jej imię, skoro jest w takim a nie innym humorze. 
- Skoro już mówisz do mnie po imieniu, to może wypadałoby podać również swoje, nie sądzisz? – spytała zdenerwowana wilczyca. 
- Jakbym je pamiętał. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a nie lubię jak ktoś się na mnie bez powodu wścieka. – Ale jak już to mów mi L. 

<Nevada?>