środa, 22 października 2014

Od Hati'ego CD. Aevi

Szliśmy dalej w ciszy,moje oczy przyzwyczaiły już się do ciemności. Widziałem coś, ale jak przez mgłę. Kiedy skręciliśmy w jeden z jaśniejszych korytarzy moją uwagę przykuło skrzypienie zza ścian i w pewnym momencie zobaczyłem ostrza wysuwające się ze ścian. Wadera chyba ich nie zauważyła, szła z głową spuszczoną w dół więc się nie dziwię. No w każdym bądź razie złapałem ją za ogon. Ona uznała chyba,że chce ją zaatakować i wymierzyła mi w policzek. Kilka centymetrów dalej i oślepłbym na lewe oko.
- Wiedziałam,że coś knujesz! - warknęła wadera przygniatając mnie do ściany i uderzyła mnie łapą w drugi policzek. W tym momencie z obu ran ciekły stróżki krwi. Mruczała coś w złości do siebie, a co jakiś czas wbijała mi pazury w ramiona. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. W końcu wadera przestała się ze mną bawić i rzuciła mną o ziemię. Ruszyła w stronę tej pułapki. W mgnieniu oka podniosłem się z ziemi i odepchnąłem ją, wadera trochę mnie odrzuciła przez co wylądowałem między dwoma ostrzami.
- Co ty robisz!? - krzyknęła, ale po chwili zamilkła widząc ostrza przelatujące przede mną i za mną.
Szczerze to bałem się, ale starałem się to ukryć. Niestety nie robię tego tak dobrze jak Aevi i wiedziałem, że w moich oczach widać strach.

<Aevi?>

Od Korry CD. Hati'ego

Basior wpatrywał się w swoje odbicie w wodzie. Natomiast ja bawiłam się małym wektorem. Pełzał próbując uciec, ale nie pozwalałam mu. Na jego drodze stawiałam łapę bądź niewielki płotek także z tych czarnych strzałek. 
- Hej! Korra! Chodź tu - zawołał mnie. 
Wstałam ciężko depcząc wektor, który po tym wtopił się w ziemię. 
- Co się stało? 
- Wejdź. To bardzo przyjemne. Od razu zrobi ci się chłodniej - powiedział z uśmiechem.
Weszłam bez gadania. Stanęłam na przeciwko jego, pod prąd rzeki. Spojrzałam na swoje łapy. Faktycznie było przyjemnie. Na moim pysku pojawił się krzywy uśmiech. 
- Przyjemne - spojrzałam na basiora, ale kiedy spojrzałam mu w oczy speszyłam się i spuściłam łeb. 
- Nie rozumiem cię - zaczął.
- To znaczy? - Lekko podniosłam wzrok.
- Dlaczego jesteś smutna? Stało się coś? 
- Nie - powiedziałam krótko, ale po chwili dodałam:
- Ja po prostu nie potrafię się odnaleźć. Czuje się samotna, a do tego to wszystko mnie przerasta. To pożera mnie od środka - To ostatnie wyszeptałam tak cicho, że basior nie mógł tego usłyszeć.

<Hati?>

Od Ignisa CD. Village

Rzuciłem się na pomoc. Na razie Tocoś miało kształt wielkiego, czarnego wilkołaka o długiej, posklejanej sierści, ze skrzydłami nietoperza. Jego pysk był krótszy niż zazwyczaj, a zęby dłuższe. O pazurach wolę nie wspominać. Chwyciło Village za szyję i uniosło w górę.
- Huinino ja, ran fe kendu. - powiedział. Zdziwiło mnie, że zrozumiałem. W przekładzie na naszą mowę brzmiało to tak: "Smaczna przekąska, pan będzie zadowolony". Przeraziły mnie te słowa. Tocoś zaczęło rozwijać skrzydła więc, nie mając lepszego pomysłu, zaatakowałem. Wbiłem zęby w skrzydło, a gdy potwór nim machnął, powstała tam dziura, w której mógłbym zmieścić głowę. Wykorzystując chwilę jego zdezorientowania wydostałem ze szponów Village. Popchnąłem ją w kierunku krzaków. Zaczęła uciekać. Wyczarowałem linię ognia, choć wiedziałem, że to go długo nie powstrzyma. Rzuciłem się do ucieczki. Po chwili nad nami pojawił się Umlilo. Ptaki zaczęły śpiewać.
- Bezpiecznie! - krzyknąłem do Village i zatrzymałem się. Village podeszła do mnie.
- Ignis, musisz powiedzieć o tym Jamesowi, po prostu MUSISZ. - powiedziała.
- Eh, dobrze.
Zgodziłem się tylko dla tego, że Tocoś zaatakowało Village w takim miejscu jak to. Teraz wiedziałem co to jest - wszystko naraz. W dodatku mówi w Języku Potworów.
Spotkaliśmy Jamesa po pięciu minutach.
- E, James, chciałem ci powiedzieć, że... Wiem kto stoi za tym zabójstwie niedaleko imprezy.
- Tak? - zapytał troszeczkę nieprzytomnie.
- Demon, upiór, bogin, tryton, wilkołak itp. w jednym. - odpowiedziałem z uśmiechem, którego nie potrafiłem ukryć.

<Village?>

Od Aevi CD. Hati'ego

- Tak poza tym, wspominając już o walce, ja unikam kontaktu dotykowego - wzruszyłam ramionami - nie przepadam za walkami.. chyba, że są konieczne - uśmiechnęłam się pod nosem.
Wilk wydawał się miły, mówił prawdę, ponieważ jego serce biło cały czas w tym samym tempie i utrzymywał kontakt wzrokowy. Albo jest dobrym kłamcą. 
Wzruszyłam ramionami, nie ciągnąc już tematu. Teraz najważniejsze było znalezienie wyjścia . Nie miałam zamiaru umierać w jaskini z wilkiem, którego ledwo co znam. 
Z braku lepszych możliwości i dla zbicia czasu zaczęłam opowiadać co nieco i zagadywać samca. 
- Byłeś kiedyś w Rosji?
- Raczej nie - odpowiedział.
- Żałuj.. bardzo piękne miejsce, ale trzeba być wytrzymałym aby tam przetrwać. Urodziłam się na południu tego kraju.. Z wiekiem czułam, że tam nie pasuje, poza tym byłam bardzo.. nerwowym szczeniakiem - zaśmiałam się - no nie powiem rwałam się do bitek i lubiłam pyskować. Denerwowało mnie, gdy ktoś podważał moje zdanie alno wyśmiewał się ze mnie. Gdy miałam rok nie wytrzymałam i uciekłam. Bez słowa bez niczego.. - zamyśliłam się przez chwilę - a tak naprawdę jestem w połowie psem.. rasą wymyśloną genetycznie.. dlatego mam tak czerwone oczy bez źrenic - spuściłam wzrok, bo doskonale wiedziałam,że wyglądam dziwnie i odmiennie. Przeszkadzało mi to bardzo w życiu codziennym. Nie podnosząc wzroku kontynuowałam - No i dlatego mam tak dziwnie ubarwione futro - zatrzymałam się i pokazałam czarno-czerwony obraz na kletce piersiowej. - Jestem trochę odmienna - wzruszyłam ramionami. 

<Hati?>

Od Gale'a

Stojąc na brzegu klifu czułem powiew wiatru, który mierzwił moje futro. Odetchnąłem głęboko i uniosłem łeb. Cofnąłem się o kilka kroków, przykucnąłem, wziąłem rozbieg i skoczyłem. Lot był krótki, trwał najdłużej 2 sekundy. Będąc pod powerzchnią wody zanurkowałem głębiej, po czym wynurzyłem głowę. Usiadłem na mokrym kamieniu i wpatrzyłem się w taflę. Gdy jeden z ''kamieni'' przede mną poruszył się szybko machnąłem łapą w jego stronę, przy czym wbiłem w niego swoje pazury. Z czterech maleńkich dziur pociekła krew. Podniosłem łapę i dokładnie obejrzałem rybę z każdej strony, po czym wrzuciłem ją do własnego pyska. Po posiłku wyszedłem z wody i otrzepałem się. Kamienistą ścieżką ruszyłem w stronę mojej jaskini. Mogłem oczywiście użyć mocy teleportacji, ale stwierdziłem, że świeże powietrze dobrze mi zrobi. Stanąłem przed wejściem do niewielkiej, skalistej groty. Czyżbym coś słyszał? Potem pomyślałem, że to pewnie jedna z sąsiadek. Jednak przekraczając próg jaskini usłyszałem ciche gwizdanie i kroki za mną. Odwróciłem się i oto przed moimi oczami stanęła wadera o białej sierści. W życiu takiej nie widziałem, aż raziło w oczy. Wadera zatrzymała się obok mnie.
- Co tak patrzysz? - Spytała.
- Po to mam oczy. - Odpowiedziałem przewracając oczami. - Jestem Gale. Wyciągnąłem łapę.
- Katherine.
Chciałem o coś jeszcze zapytać, ale całkowicie zapomniałem, gdyż usłyszeliśmy przeraźliwe jęki dochodzące zza drzew.

<Kath? :D>

Od Hati'ego CD. Aevi

- Pochodzę z watahy z Północnych gór - odpowiedziałem z pewnością - Jestem tutaj nowy -dopowiedziałem
Wadera przebijała mnie wzrokiem, chciała mnie przejrzeć na wylot, lecz to nie takie łatwe skoro ledwo mnie zna.
- Mogę ci zapewnić, że nie zrobię ci krzywdy - odrzekłem
Wadera spojrzała na mnie, z jej oczu nie dało się wyczytać uczuć, ale po jej postawie można było stwierdzić, że się boi - była spięta, pazury miała wysunięte i bardzo szybko oddychała.
- Nie znam cię, nie mogę ci zaufać - powiedziała cofając się - skąd mogę wiedzieć, że nagle mnie nie zaatakujesz - dodała niepewnym głosem
- Słuchaj - zacząłem - Jesteśmy z jednej watahy, jestem nowy, a każdą watahę traktują jak rodzinę -powiedziałem podchodząc do wadery.
Aevi spojrzała na mnie i się zamyśliła. Po chwili ciszy powiedziała:
- No dobrze, powiedzmy, że trochę ci ufam, a teraz wytłumacz mi dlaczego jesteś taki spokojny? - Skończyła i spojrzała mi w oczy
- Bo opanowanie to podstawa, w panice nie zdołasz nic wymyślić, ani walczyć - odpowiedziałem
Widać było, że waderę zdziwiły moje słowa, ale chyba wzięła je sobie do serca, bo zaraz się rozluźniła i uspokoiła oddech

<Aevi?>

Od Echo – ,,Krew jest wszędzie"

Jak zwykle siedziałam w Ogrodzie. Lubiłam to miejsce, zresztą najbardziej z powodu winogron. Nie daleko bramy znajdował się krzak z pysznymi owocami,i tam jak zawsze przebywałam. Zrywałam po kolei naszpikowane sokiem kulki, z których wysysałam całą zawartość. Sflaczałą skórkę, która była zbyt kwaskowata na mój język, wyrzucałam na ziemię. I tak w końcu przylatywał jakiś ptak, który zabierał ją do gniazda. Podobało mi się tutaj. To co ja nie zjem, przyda się komuś innemu. Zrywałam winogrona odgradzając się od rzeczywistości. Istniała tylko ja i winogrona. Nagle poczułam ten sam dziwny dreszcz, który przeszywa całe moje ciało i to wcale nie jest przyjemne. Zdałam sobie sprawę, że po poduszce mojej łapy, spływa gęsta stróżka krwi. Była taka wyrazista, czułam wyraźnie jej zapach. Moje źrenice rozszerzyły się do niemożliwego stopnia. Poczułam mdłości i panikę, bo znowu wróciłam do rzeczywistości. Zerwałam się na równe nogi, wytarłam łapę w trawę i uciekłam z ogrodu. Jednak w podświadomości czułam, jak moja własna krew, próbuje się dostać do mnie z powrotem.
<> <> <>
Leżałam długo na łożu z pawich piór, z utkwionym wzrokiem w podłogę swojego pokoju. Wraz z rodziną, mieszkaliśmy w ogromnym grodzie, dawno podbitym przez wilki. Było tu kiedyś ogromne miasto ludzi, jednak po ostatniej bitwie opuścili to miejsce, a wilki przejęły miasto. Lecz mimo wszystkiego byłam jedynym magiem krwi. Bałam się swojego przekleństwa.... daru. Przerażała mnie wizja mojej władzy, bez granic.... Od urodzenia bałam się ogromnych nieskończonych przestrzeni, jak kosmos. Wszystko musi kiedyś mieć swój koniec! Takie coś jest niezgodne z naturą. A ja nie mogę się buntować ... 
Stróżka krwi przecisnęła się niczym wąż, pod szparą w przejściu, brudząc wszystko wokół, aż trafiła do mnie. Poczułam nie przyjemny dreszczyk. Usłyszałam głuchy stukot który powtarzał się 3 razy. Wiedziałam co to oznacza. Pora spać.
<> <> <>
Rano mój pokój był obmazany krwią. Była na ścianach, na firankach, na podłodze. Kiedy to zobaczyłam ogarnęła mnie panika. I tak jak się spodziewałam byłam cała przezroczysta. 
-AAAAAAAAA!
Zaczęłam krzyczeć. Drzwi otworzyły się z hukiem, a w nich stanęli przerażeni rodzice.
- Ja już dłużej nie dam rady! - łkałam równe przerażona. Wilki starały się mnie uspokoić.
- Spokojnie. Spokojnie, będzie dobrze...
- Nigdy już nie będzie dobrze! - krzyknęłam przez łzy. - Wy nie rozumiecie! Ja się boję!
Zaczęłam szlochać, nie mogąc złapać oddechu. Wyleciałam przez drzwi trącając rodziców. Wyleciałam przez balkon. Biegłam jak najdalej. A krew oderwała się od ścian i polała się za mną.
<> <> <> <>
Uciekałam przed nią. Chciałam uciec od swojego przekleństwa. Biegłam ile sił w nie istniejących łapach, a krew która kapała z liści, pokrywając drzewa, trawę pełzła za mną równie szybko. Wiedziałam, że nigdy przed nią nie ucieknę. Ale byłam już daleko od rodu. Skręciłam w ścieżkę, którą rodzice uczyli mnie jej unikać. Miałam to gdzieś.
Gdyby nie to, że na mojej drodze stanął wilk. 
Zahamowałam na jednej łapie, parę centymetrów od jego nosa. On odskoczył. Sierść zjeżyła mu się na karku. Pokazał kły i warknął.
- Czego chcesz, zjawo?! 
Zabolało mnie to, jednak basior mówił prawdę. Jestem potworem.
- Nie jestem zjawą.
Krew która pokrywała liście i drzewa, korzystając z tego, że się zatrzymałam, dogoniła mnie i wypełniła moje ciało. Nabrałam kolorów i znów wyglądałam jak dawnej. Jednak mój pysk i całe ciało, pokrywała krew. Wyglądałam teraz naprawdę jak zjawa. Wilk przeraził się. Wiedziałam, że gdyby nie szok, zwiał by już dawno. Westchnęłam ze smutkiem.
- Wiem, że to co widzisz, musi być dla ciebie naprawdę straszne. Miło mi było ciebie zobaczyć.
Zawróciłam, jednak basior chwycił mnie za ogon zębami. Nie bolało mnie to, jednak poczułam szok. Starałam się trzymać energię na wodzy, bo większość wilków, unikała mnie, dlatego, że powoduje straszne migreny.
- Chodź ze mną.

<Ten basior? xD>

Od James'a CD. Isabell

– To go na chwilę zatrzyma! Zaraz wracam! – To były ostatnie słowa Isabell, nim zniknęła za jedną z niekształconych gór – zapewne w poszukiwaniu wyjścia. Szkoda, że ten pomysł był zupełnie niedorzeczny, ponieważ – gdyby myślała trzeźwo – wiedziałaby, że nie może cofnąć się już z powrotem, a nie wiem, czy dam sobie radę sam z tym głupim mutantem, który jeszcze kilkanaście minut temu był zwykłym, ,,pocharatanym" staruszkiem i nikt nie przypuściłby nawet, że może okazać się taką kreaturą. 
Rozmyślanie przerwał mi jednak ucisk w klatce piersiowej – tak jak się spodziewałem – spowodowany przez zduszenie mnie macką przez tego... idiotę, właśnie tak. Przymknąłem powieki klnąc przy tym pod nosem. Niestety – nie dam mu rady. Z Isabell też pewnie bym nie dał, w końcu jest od nas dziesięć razy większy i ma dwa razy więcej łap, rąk, a może raczej... macek? Po chwili jedna z nich uderzyła mnie w głowę, lecz momentalnie ta, która jeszcze chwilę temu trzymała mnie ,,w objęciach" puściła, a ja opadłem bezwładnie na trawę, na której unosił się jakiś dziwny osad bądź też śluz. Ohyda. Nim zdążyłem zobaczyć, co dzieje się dookoła mnie – postać po prostu zniknęła, lecz jedyną rzeczą, która przykuła po kilku sekundach moją uwagę była biegnąca postać, która kierowała się dokładnie w tę samą stronę, co Isabell. 
Moje mięśnie momentalnie się spięły, a ja ledwo podnosząc się na łapach i nadal czując ucisk w głowie ruszyłem koślawym biegiem za tym czymś z nadzieją, że nie będzie to ten durny staruch. No bo jak? Nie ma przecież naszyjnika... Chyba nie ma? Nieważne. Wiedziałem tylko, że muszę odnaleźć Isabell, bo inaczej będzie kiepsko.
No i po chwili zobaczyłem skrzydlatą waderę, która stała i przypatrywała się czemuś z ekscytacją, lecz kiedy obróciła głowę na dziwną postać wydała zduszony okrzyk. W końcu zziajany udało mi się dotrzeć na miejsce.
– J-James? – spytała Isabell, po czym przeniosła wzrok na drugą postać i dopiero teraz dostrzegłem... siebie siedzącego kilka metrów ode mnie.
– Tak? – odpowiedziałem, lecz ten idiota zrobił to również uśmiechając się przy tym cynicznie, aż dziwne, że Isabell tak długo zajmuje odkrycie, który jest który.
– Mówię do prawdziwego James'a: Jak tylko odkryję, który to z was, to daje słowo, uduszę z zimną krwią. 
Co? Niby czemu? Teraz się zastanawiam, czy się przyznawać czy nie? Mimowolnie zaśmiałem się pod nosem i teraz ujrzałem na sobie zimne spojrzenie wadery.
– No, poważna sytuacja, a ten idiota jak zwykle ma czas na śmiech – przewróciła oczami, po czym podeszła do mnie i zaczęła mnie szarpać w stronę miejsca, w które jakiś czas temu wpatrywała się z zaciekawieniem.
– Opanuj się, umiem sam biec – przewróciłem oczami. – Poza tym jeszcze nie wyjaśniłem z tym kolegą bez własnego stylu, że nie ładnie tak kopiować chociażby mojego – zmarszczyłem brwi by spojrzeć na reakcję ,,James'a II". Ten tylko uniósł brwi, po czym dodał z cynicznym uśmieszkiem (hm, czyli jednak oprócz wyglądu również zachowanie sobie spapugował...):
– Jeśli chcesz, mogę wrócić do mojej pierwotnej formy strasznego MUTANTA jak to mnie nazwaliście. – W jego głosie można było usłyszeć nutę satysfakcji, kiedy zobaczył nasze lekko zaskoczone i przestraszone twarze, ale jednak słowo ,,mutant" wymówił z lekkim wyrzutem, że traktujemy go jak coś gorszego. No cóż – w końcu był obleśny i obślizgły, w dodatku chce nas zabić. Niech nie spodziewa się z naszej strony jakiejkolwiek skruchy.
Zaraz... pierwotnej formy? Czyli to jednak on. W takim razie...
– Odzyskałeś naszyjnik – syknęła Isabell marszcząc czoło i przystając na chwilę by zmierzyć go zawistnym spojrzeniem. 
– Nie mamy na to czasu – dodałem i rzuciłem się teraz przed siebie, a Isabell razem ze mną. – Dokąd biegniemy? – Zwróciłem się teraz do niej cicho.
– Hmmm, może tak spójrz przed siebie i wytęż ten swój mały móżdżek? – Przewróciła oczami i teraz wprawiła w ruch swoje skrzydła, dzięki czemu leciała jeszcze szybciej i szybciej. Świetnie, jeszcze się okaże, że opuści krainę beze mnie. Postanowiłem tym razem powstrzymać się od poirytowanej miny mówiącej: ,,Może być po prostu powiedziała, a nie kazała mi jak zwykle samemu do wszystkiego dojść, skoro...". Ech, nieważne. 
Zaraz. Czy to?...
...Wyjście.
Czułem nagły przypływ energii. Jeszcze przed chwilą bolące łapy teraz niosły mnie po trawie i czułem się dosłownie jakbym leciał, dodatkowo – całe zmęczenie – po prostu zniknęło. Opanowała mnie ekscytacja i euforia. Teraz już wiem, czemu wadera tak spoglądała w tę stronę. 
– Zmniejsza się... – mruknęła nagle ponuro, można było dosłyszeć jednak, że głos jej drży. 
– C...co? 
– Wyjście się zmniejsza, do cholery! – wykrzyknęła nagle i zaczęła energiczniej machać skrzydłami, chociaż już najwidoczniej też opadała ze wszystkich sił. Zostało jeszcze dwieście metrów – musimy dać radę! Bo jeśli nie damy... Ekhem. Ta ośmiornica nas pożre. (XD)

<Isabell? Długo czekałaś, ale nawet się rozpisałam. :)>

Od Hati'ego CD. Korry

Każdą jaskinię oglądałem bardzo dokładnie, w końcu musiałem w niej zamieszkać. Jakoś żadna jak na razie mi nie pasowała.
W końcu jednak wybrałem nie za dużą, nie za małą i dobrze oświetloną jaskinię.
- Wybieram tę - oznajmiłem z uśmiechem waderze rozglądając się do jaskini - Gdzie jest twoja?-zapytałem po chwili. Wadera nieśmiało wskazała na jaskinię obok.
Uśmiechnąłem się do niej, była bardzo nieśmiała, ale miałem zamiar ją trochę ośmielić.
- Miałabyś ochotę przejść się gdzieś? - zapytałem spokojnie waderę
Wadera zastanawiała się chwilę po czym odpowiedziała cicho:
- Możemy pójść nad rzekę.
- No to ruszamy - oznajmiłem z uśmiechem
Droga minęła nam w ciszy, postanowiłem się nie odzywać by już bardziej nie onieśmielać wadery.
Kiedy dotarliśmy na miejsce było południe, słońce grzało nam grzbiety, dobrze się złożyło, że byliśmy nad wodą, mogliśmy się ochłodzić.
Wszedłem do rzeki, było bardzo płytko, woda ledwo zakrywała mi łapy,ale nie powiem była to ogromna ulga.

<Korra?>

Od Hati'ego CD. Flou

- Urodziłem się w watasze ojca, miałem być następcą alfy - zacząłem, wadera przyglądała mi się z zaciekawieniem. - Niestety mój brat też miał chrapkę na stanowisko alfy, więc wyzwał mnie na pojedynek. Odmówiłem mu, nie miałem zamiaru walczyć z własnym bratem - skończyłem mówić i wbiłem wzrok w ziemię.
Przez chwilę panowała głucha cisza, lecz po chwili odezwała się wadera:
- Postąpiłeś bardzo mądrze, nie każdego byłoby stać na coś takiego, a szczególnie, że pewnie miałeś wygraną w kieszeni.
Przytaknąłem jej jedynie kiwnięciem głowy, nie łatwo było mi mówić o swojej przeszłości, a po za tym rzadko o niej komuś opowiadałem.
- Teraz ty - zwróciłem wzrok w stronę wadery. Flou spojrzała się na mnie pytającym wzrokiem - Opowiesz mi coś o sobie? - zapytałem z zaciekawieniem
Wadera się uśmiechnęła i skinęła głową na znak zgody.
- No więc...- zaczęła, ale nie zdążyła, ponieważ zza drzew wyskoczył przerażony wilk.
Zdążył jedynie krzyknąć:
- Uciekajcie!
Wilk natychmiast padł martwy na ziemię a wokół niego pojawiała się kałuża krwi. Nie czekając na to co się wydarzy rzuciliśmy się do ucieczki. Biegliśmy szybko, bardzo szybko nawet nie wiedziałem, że tak potrafię, no cóż adrenalina robi swoje.

<Flou?>

Od Aevi CD. James'a

Zmarszczyłam brwi. CO on bredził? To jakiś żart? 
Rozejrzałam się i wytężyłam słuch. Nic. Chyba on już całkiem postradał zmysły. 
Miałam jednak problem. On leżał nieprzytomny a ja... cóż nie mogłam nic zrobić. Jedynie co mogłabym spróbować zrobić to było przerzucenie basiora przez plecy i spróbować jakoś dojść do medyka. Pięknie. 
Ale musiałam to zrobić, więc zebrałam się w sobie i po kilku sekundach niosłam James'a na plecach. 
- Schudnąłbyś grubasie! - warknęłam po jakimś czasie. Przyznam nie był on specjalnie ciężki, ale jak piórko tym bardziej nie był. 
Bedąc blisko jaskini medyka, zaczęłam głośno wykrzykiwać o pomoc. Lekarz wybiegł i gdy wreszcie zauważył mnie, podbiegł. 
- Co się stało? 
- Nie wiem, chyba James za mocno uderzył się w głowę - warknęłam ironicznie. Skąd mam wiedzieć co mu się stało? 
Medyk zabrał samca ode mnie i przetransportował go do swojej jamy. Wahałam się czy iść za nim, ale postanowiłam odejść. Po co ja tam? 
Wędrowałam do wieczora, rozmyślając nad tym co się wydarzyło. Nie otrzymałam jednak odpowiedzi na moje nieme pytania. 
Z braku lepszych możliwości, gdy zapadł wieczór, powędrowałam odwiedzić Alfę. 
Wahałam się przez chwilę przed wejściem, ale wypadało zapytać. Zauważając już przytomnego James'a, zapytałam:
- I jak się czujesz?..

< James? >

Od Aevi CD. Hati'ego

- Tędy nie dojdziemy.. - mój głos był chłodny i opanowany. Nie zdradzał emocji, które targały mną wewnątrz. Czułam jak narasta we mnie gniew i panika. A także strach, gdy myślałam, że nigdy się nie wydostaniemy. Mroczne myśli przeskakiwały mi przez głowę, pokazując coraz straszniejsze scenariusze. - Zawróćmy i skręcimy w inny korytarz... 
Gwałtownie obróciłam się i zaczęłam zawracać, nie patrząc za siebie. Nigdy nie przyznaję się do błędów, a także zachowuje trzeźwość umysłu. Nie dopuszczałam już niczego do myśli z wyjątkiem planu, który mógłby nam pomóc. Tu MUSI być jakaś inna droga. 
Słyszałam szuranie pazurów basiora za mną. Nawet dało się usłyszeć miarowe bicie serca Hati'ego. 
- Jesteś nadzwyczaj spokojny, mimo tego, że utknęliśmy w gównianym miejscu.. 
- Jak na razie nie mam po co się denerwować - mrukną. 
Nagle przystanęłam, bo przypomniało mi się coś. Jak mogłam tego nie zauważyć. Jak?
- Nie znam Cię - czułam jak mięśnie na moim ciele napinają się. Czułam się niekomfortowo i tym bardziej czułam chęć obrony - Skąd jesteś? I co robisz na tych terenach?.. Nie spotkałam Cię nigdy... nawet twój zapach jest nieznany.. - zmarszczyłam brwi i odwróciłam się przodem do wilka. Nigdy nie stawaj plecami do nieznajomego. 

< Hati? >

Nowy wilk: Echo!

Imię: Echo
Wiek: 3 lata
Rasa: Dziwny rodzaj Wilka Krwi
Płeć: Wadera
Stanowisko: Ogrodniczka
Moce: Krwotok - powoduje u przeciwnika gwałtowny wylew krwi. Krwista kontrola - Potrafi zapanować nad wilkiem, dzięki krwi w jego organizmie. Zmiana temperatury - potrafi zagotować bądź zmrozić krew w żyłach, powodując okropne bóle głowy. Umie także przeżyć bez krwi. Mimo to na walkach czerpie z niej energię. Potrafi dzięki temu zregenerować inne ranne wilki, aby ich krew wróciła do organizmu. Mimo tej wielkiej władzy i mocy jaką została obdarzona, nie lubi jej używać, wręcz nie cierpi swojego daru. Wie, jakie szkody może wyrządzić na życiu jeśli nie zapanuje nad umiejętnościami. Kiedy dostaje ataku płaczu, i jest on na tyle mocny, że nie może przestać, krew w jej ciele staje się ofiarą skutku ubocznego, że zaczyna jej wyciekać oczami. Wygląda to jakby płakała krwią. 
Cechy charakteru: Echo jest nadzwyczaj smutną, pozbawioną energii z życia waderą. Od pewnego czasu przestało jej zależeć na czymkolwiek. Nie czuje miłości ani szczęścia. Przez cały czas boi się, jest jej smutno bądź cierpi. Unika wilków i większość czasu spędza na rozmyślaniu. Boi się tłumów i zazwyczaj jest mało rozmowna. Nawet jeśli ją zagadasz, na długo nie pociągniesz rozmowy bo ona umie odpowiadać tylko na pytania. Jest bardzo płaczliwą waderą i łatwo można poruszyć w niej wrażliwą strunę. Bardzo często płacze i czasem nie może przestać.
Partner: Brak
Głos: Nightcore

wtorek, 21 października 2014

Od L'a CD. Nevady

Po jedzeniu postanowiliśmy przejść się na plażę. Przez chwilę szliśmy w milczeniu. No w sumie długą chwilę. Nevada zdawała się być myślami w zupełnie innym miejscu i tylko iść za mną. A ja? Mnie nie obchodziło, gdzie dojdziemy i tylko szedłem przed siebie. Przez właśnie takie wzajemne rozkojarzenie ostro zboczyliśmy z kursu. Bardzo ostro… 
Podobnie jak wilczyca szybko odpłynąłem myślami a inny świat. Wyrwało mnie z tego głośne chrupnięcie pod łapami. Z początku pomyślałem, że to ja na coś wszedłem, ale nic nie poczułem i niczego pod łapami poza przerzedzoną trawą nie miałem. Wzrok skierowałem pod łapy towarzyszki. Z tego, co widzę nadepnęła na wilcze kości. Wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia i w jednym momencie skupiliśmy się na obrazie przed nami. 
Z tego, co widzę było to miejsce często omijane przez wilki, ale też to samo, do którego od dawna chciałem zawitać. 
- Wygląda na to, że zboczyliśmy z kursu. – powiedziałem niby to oschle jak zwykle, ale z nutką ledwo dostrzegalnego entuzjazmu. 
– Witaj w Lesie Duchów. – odparła Nevada z uśmiechem. 

<Nevada?>

Od Korry CD. Hati'ego

Rodzina? Co, kto to w ogóle jest? 
- Nigdy nikt mi nie powiedział, co to rodzina - podkuliłam ogon i zagryzłam dolną wargę. 
- Co? - uniósł jedną brew.
- Zdefiniuj mi słowo "rodzina ".
Basior zastanowił się przez chwilę. W końcu zaczął:
- Rodzina to przede wszystkim ktoś kto się tobą opiekuje, ale teraz to raczej opiekował - zaśmiał się i podszedł bliżej. - Tak w ogóle jestem Hati - wyciągnął do mnie łapę.
- K- kk.. K- k- k... K- Korra - wydusiłam i opuszkami palców dotknęłam jego łapy. Nawet nie wiem czemu to zrobił. 
Bacznie go obserwowałam. Nie wiedziałam co mam zrobić. Stałam i grzebałam w ziemi.
- Może powłóczymy się po watasze? - W końcu się odezwał. Niestety ja nie jestem taka odważna. 
Kiwnęłam głową. Basior cały czas mówił, abym się nie wstydziła, ale jak? Nigdy nie rozmawiałam z basiorem.
Zmierzaliśmy w kierunku jaskiń. Zaproponowałam, żeby rozejrzał się i jakąś wybrał. Przecież gdzieś spać musi. Kiedy dotarliśmy basior zaczął się rozglądać. 

<Hati?>